Zawsze mierzyliśmy wysoko

Z Krzysztofem Wielickim, himalaistą, rozmawiała Katarzyna Patalan

Fot. Maciej Zienkiewicz

Chciałabym zacząć naszą rozmowę od Cienkiej czerwonej linii Jamesa Jonesa, który pisał: „Jest tylko cienka czerwona linia między rozsądkiem a szaleństwem”. Przekroczył pan kiedyś tę linię?

Możliwe, że przekroczyłem, tylko byłem tego nieświadomy. Wydaje mi się, że przekraczanie owej linii, czy zbliżanie się do niej, jest celowe, bo tam jest najwięcej emocji. Zbliżanie się do tej linii jest charakterystyczne dla ludzi, którzy się wspinają, cały czas bowiem podnoszą poprzeczkę, zastanawiając się, na jaki wysiłek mogą się jeszcze zdobyć. A to, co nastąpi później, to już kwestia szczęścia, więc nawet jeżeli ją przekroczyłem kilka razy, to udało się, wciąż tu jestem. (śmiech)

Co pana ciągnęło – i wciąż ciągnie – w najwyższe góry? Głód wrażeń, sukcesu, adrenalina, pasja, a może to już swego rodzaju uzależnienie?

Zdecydowanie pasja. Pasji się nie kupuje i rzadko się ją dziedziczy. Często to przypadek decyduje, że się nią zarażamy, a potem pasja zostaje z nami do końca życia. Tego nie można zostawić. Hobby można zmienić, a pasja właściwie wypełnia całe życie.

Pokochałem góry wiele lat temu. Gdy studiowałem we Wrocławiu, jeździliśmy w góry, na skałki pod Jelenią Górą. Gdy zobaczyłem wspinających się ludzi, postanowiłem spróbować wspinaczki. Wspiąłem się na jakąś skałkę, bez liny – towarzyszyło temu mnóstwo emocji, ale też strachu. Gdy wszedłem na górę, pomyślałem: tak – to jest to. I to był początek mojej wielkiej pasji. Na wspinaczkę wykorzystywałem każdą okazję, pochłonęła mnie ta pasja bez reszty, choć już w drugim tygodniu tej niesamowitej przygody dostałem ostrzeżenie od losu. Spadłem parę metrów, tłukąc się przy tym tak, że musiałem nosić gipsowy gorset. Choć to było swego rodzaju ostrzeżenie, zadziałało na mnie wręcz przeciwnie – wspinaczka ciągnęła mnie jeszcze bardziej. Chyba na tym właśnie polega pasja. Wszyscy wiedzą, że jest to niebezpieczne, że nie powinno się tego robić, ale to robią – właśnie dla tych emocji, o których wcześniej wspomniałem.  

Skoro dotknęliśmy tematu emocji, to czy według pana istnieje coś takiego jak „siła przyciągania góry”?  Doświadczył pan tego uczucia?

Mnie góra przyciąga, gdy jestem przy ataku szczytowym. Wówczas z pewnością coś takiego istnieje. Niektórzy tłumaczą to błędem polegającym na tym, że góra przyciąga alpinistę. Wydaje mu się, że już jest tak blisko, iż musi na nią wejść. Nie potrafi wtedy podjąć racjonalnej decyzji i zamiast zawrócić, bo może jest już za późno i zaczyna brakować mu sił – po prostu podąża na szczyt. Wtedy już nic się nie widzi, tylko górę.

W pierwszych latach wspinaczki przede wszystkim dostrzegałem piękno gór, ten aspekt był niezwykle ważny. Z biegiem lat, wraz z nabywanym doświadczeniem, ten element schodził na  drugi plan, a kluczowe stały się m.in.: podejmowanie wyzwania, realizacja celu, pokonywanie własnych ograniczeń i sukces.

Są ludzie bierni, którzy nie muszą nic robić, nie mają w sobie głodu dokonywania rzeczy wielkich – i dobrze, to nic złego. Wspinacze nie należą jednak do tej grupy.  Chcą coś osiągnąć, sprawdzić się, odkrywać to, co nieznane, przekraczać granice.

Miałem to szczęście żyć w czasach i wspinać się w latach, gdy Polska była izolowana, obowiązywała żelazna kurtyna, panował komunizm, istniało wiele ograniczeń. Mimo tak trudnych czasów zarówno we mnie, jak i wśród moich kolegów zrodziła się nieodparta potrzeba napisania historii alpinizmu. Historia alpinizmu została napisana w latach 50. i 60., zatem gdy tylko pojawiła się taka szansa, zapragnęliśmy, żeby Polacy także zapisali się w historii światowego himalaizmu – stąd pomysł na zimowe wyprawy. Nikt nas nie znał, wszystkie ośmiotysięczniki zostały zdobyte bez Polaków – stąd w nas był ten głód. Wyruszało wiele wypraw. Z czasem wszyscy musieli się nauczyć naszych nazwisk.

Miał pan niesamowite szczęście, że mógł pisać historię polskiego himalaizmu.

To prawda. Trzeba się urodzić we właściwym czasie. (śmiech)

Jest pan wśród „lodowych wojowników”. Czy to pionierskość tych wypraw, odkrywanie tego, co nieodkryte, sprawiło, że wspinaczka wysokogórska pochłonęła pana bez reszty?

Wspomniałem, że był w nas wielki głód zrobienia czegoś po raz pierwszy. Któryś ze starszych kolegów wpadł na pomysł, by zdobywać szczyty zimą. Pod koniec 1979 roku, po dwuletnich staraniach, Polacy otrzymali zezwolenie na działalność zimą w Himalajach. Andrzej Zawada, który miał być kierownikiem wyprawy, natychmiast, jak to Zawada, powiedział: „Mierzymy wysoko, od razu bierzemy Everest”. No i tak się stało.

Wyprawa na Mount Everest miała kluczowe znaczenie.  Gdybyśmy nie weszli na Everest zimą, nasze środowisko, które wówczas było bardzo aktywne i bardzo chciało  coś osiągnąć, mogłoby pomyśleć, że jednak zimą się nie da, mogłoby to wyhamować apetyty.

Na szczęście tak się nie stało, a dzięki temu, że weszliśmy na najwyższy szczyt, koledzy z pokrewnych środowisk i klubów niemal od razu ruszyli na inne szczyty.

W bardzo szybkim czasie Polacy jako pierwsi zdobyli sześć ośmiotysięczników zimą. Otrzymaliśmy ksywę „lodowi wojownicy”. To była bardzo ważna sprawa.

Dodam, że ta wyprawa była wyjątkowa także pod innym względem. Po Evereście przez wiele, wiele lat nie mówiło się, że Wielicki i Cichy weszli na Everest, mówiło się, że Polacy zdobyli Everest. Wówczas nieważna była jednostka, ważny był zespół: to my, Polacy, jesteśmy zdobywcami. To była historia pisana przez Polaków, a nie osobiste zwycięstwa.

Rzeczywiście wówczas Polacy dokonywali niemożliwego…

Prócz pisania „zimowej karty historii” staraliśmy się poprawiać styl wspinaczki, próbowaliśmy wspinać się solo, w stylu alpejskim. Wojtek Kurtyka, Jurek Kukuczka i wielu innych zaczęło wspinać się i poprawiać styl, wspinali się bardzo szybko, bez obozów, w szybkim stylu. Również mam na swoim koncie kilka solowych wejść. Udało mi się wspiąć na jeden szczyt w ciągu jednego dnia w szesnaście godzin. To były osiągnięcia, które także wpisywały się w historię polskiego himalaizmu. Zawsze mierzyliśmy wysoko.

To Polacy zmagali się trzykrotnie z południową ścianą Lhotse, najwyższą ścianą Himalajów. Nie weszliśmy, ale mierzyliśmy się, bo dla nas najważniejsze było właśnie to mierzenie się. Nie wybieraliśmy łatwych celów, nie chcieliśmy pokonywać tras, które już ktoś przemierzył, pragnęliśmy przecierać nowe szlaki. Nie odhaczaliśmy zdobytych gór, chcieliśmy być pionierami.

Dziś na komercyjnych wyprawach ludzie zdobywają ośmiotysięczniki, ale piszą tylko własną historię, nie dokonują przełomowych rzeczy.  By zapisać się w historii, trzeba zrobić coś więcej, wnieść do danej dziedziny coś nowego, na przykład styl, albo wyznaczyć nowe drogi – wspinać się zimą, solo, zrealizować szybkie przejścia. Polacy robili to z sukcesami.

W paradoksalny sposób czasy, w których żyliśmy, ułatwiły nam realizację naszych celów. Zwykle to bogate społeczeństwa odnoszą sukcesy w sporcie, w nauce, w filmie, a z nami było na opak. Bida aż piszczy, a my osiągaliśmy największe sukcesy.

Zastanawiam się, gdzie kryło się źródło tej determinacji?

W środowisku wspinaczy większość to byli ludzie wykształceni, po studiach. Co prawda pracowali gdzieś, ale trudno było im zrobić karierę, w dzisiejszym tego słowa znaczeniu.  Dzięki temu, że mieliśmy pasję i chcieliśmy się realizować, podejmować wyzwania, praca schodziła na dalszy plan. Bo cóż nas tam czekało? Co dwa lata podwyżka o dwieście złotych czy zmiana zaszeregowania. To się nie mieściło w naszej filozofii obejmującej realizację podejmowanych wyzwań.

Co mogło być wyzwaniem na ówczesne czasy? Wszyscy osiągali mniej więcej taki sam minimalizm – M2, jakaś meblościanka, jedna ława, pralka Frania. Nie było widać sukcesu, nie było widać takiej właśnie potrzeby samorealizacji, tego, co dawała nam możliwość wspinania się.

Skoro rozmawiamy o czasach słusznie minionych, warto zauważyć, że wspinaczka była drogim sportem. Jak radziliście sobie ze zdobywaniem funduszy na wyprawy?

Bodajże w 1975 roku weszła ustawa, która umożliwiała klubom sportowym prowadzenie działalności gospodarczej. Nasz Klub Wysokogórski, który był stowarzyszeniem, natychmiast to wykorzystał. Wpadliśmy na pomysł, by realizować prace remontowe związane z malowaniem kominów w hutach, w kopalniach, w ciepłowniach. Nie musieliśmy zakładać konstrukcji, budować rusztowań, tylko po prostu zjeżdżaliśmy na linach. Kosztorysy prac były bardzo wysokie, a my pracowaliśmy szybko. Dzięki temu mieliśmy dużo pieniędzy. To znaczy miał je klub i właśnie dzięki tym środkom finansowaliśmy wspinaczkę. W latach 80. klub w Katowicach organizował sześć – osiem wypraw. To były piękne czasy.

Wszystko zaczynało się od marzeń, a dążenie do ich realizacji jednoczyło nas. To był element budowania zespołu i wzmacniania relacji. W klubie tworzył się zespół gotów do wspólnej pracy na kominach, następnie podejmowano przygotowania do wyprawy.

Jeden wyjechał po mięso, wędlinę, drugi po rybki, trzeci załatwiał namioty – wszystko się wtedy załatwiało. Nie mówiło się, że kupuję, tylko załatwiam. (śmiech) Jeden załatwiał liny w Bielsku, drugi gdzieś tam sprzęt techniczny, zwykłe kurtki były szyte z ortalionu. Ale to powodowało, że się spotykaliśmy co jakiś czas, każdy zdawał relację z tego, co udało mu się załatwić, gdzie to zdobył, w jaki sposób, potem było wspólne pakowanie tego wszystkiego, następowała odprawa i długa podróż do miejsca docelowego.  Przechodzenie przez te wszystkie etapy było bardzo ważnym elementem integracji zespołu, w taki sposób budowało się partnerstwo, które we wspinaczce jest bardzo ważne.

Zimowe wejście na  Everest to była wyjątkowa wyprawa także pod tym względem, że gra zespołowa znajdowała się na pierwszym miejscu.  Co spowodowało, że partnerstwo było na tak wysokim poziomie?

Cel był wyjątkowy. To było niesamowite wyzwanie. Gdy cel jest bardzo ambitny, ludzie skupiają wszystkie siły na drodze do jego osiągnięcia. Niezwykle ważne są także umiejętności lidera,  który potrafił zbudować właściwą atmosferę. Nikogo nie faworyzuje, wszyscy tworzą zgrany zespół, nie ma podziałów na lepszych lub gorszych.

Wszyscy rzucili się do pracy. Z czasem stało się jasne, kto prawdopodobnie u kresu wspinaczki będzie miał więcej sił, ale nie stosowaliśmy podziałów na silniejszych i słabszych. Mieliśmy świadomość, że wszyscy jedziemy na jednym wózku, jesteśmy razem i to poczucie wspólnoty było naturalne. Nie istniała rywalizacja między zespołami. Nie praktykowano kumoterstwa, układów. Każdy pracował tak, jak umiał. Myślę, że to wynikało na pewno z tradycji klubowych, z partnerstwa i wspólnego, zespołowego dążenia do sukcesu. Na ten sukces przełożyły się również: ambitny cel oraz działania Andrzeja Zawady, który potrafił wszystkim pokierować. Kiedy zeszliśmy ze szczytu, jednemu z kolegów pociekły łzy. Dotarł zaledwie na wysokość 6800 metrów, ale był ogromnie szczęśliwy, że nam, jako zespołowi, udało się zrealizować założony cel, nie czuł zazdrości, zawiści, tylko się cieszył, że to my, Polacy, odnieśliśmy sukces, a on jest ważną częścią tego przedsięwzięcia.  

Dlaczego gra zespołowa jest taka ważna w górach?

W górach liczy się gra zespołowa, ponieważ przy tak dużym zróżnicowaniu charakterów i osobowości niełatwo jest dążyć do wspólnego celu.

A kiedy ludzie działają wspólnie, jest szansa na sukces. Obecnie personalizacja postępuje na szeroką skalę, ważne są nazwiska, nie cały zespół, nie narodowość.

Ma pan na swoim koncie wiele solowych wejść. Lubi pan mierzyć się z własnymi słabościami, mając świadomość, że nikogo nie ma obok?

Nie było zespołu, ale ja nigdy nie wyjechałem sam z domu. Zawsze z grupą. To się działo na wyprawie. Nigdy tego nie planowałem. Przed wyprawą nie meldowałem w mediach, co będę robił i gdzie. Na wyprawach zazwyczaj szybko osiągałem cel, miałem do dyspozycji trochę wolnego czasu, często więc szukałem dla siebie nowych wyzwań. Podczas gdy przyjaciele pokonywali jeszcze trasę na szczyt, ja szukałem sobie celu, który dałby mi trochę więcej emocji, stąd moje solowe wejścia, przeważnie „na żywca”, czyli bez asekuracji.

Bez asekuracji, dwa czekany, raki, plecak i w górę?  

Niektórzy mówią, że to jest ryzykanctwo, a ja jestem innego zdania. Gdybym podejmował takie wyzwania na samym początku, kiedy dopiero zaczynałem się wspinać, można by tak powiedzieć, ale po dwudziestu czy trzydziestu latach z pewnością nie możemy mówić o ryzykanctwie, choć faktycznie alpinizm zasadza się na ryzyku. Niektórzy mówią, że wspinaczka wchodzi w krew i wżera się w duszę. Jest ryzyko, jest zabawa, albo gleba, albo sława. Ale to nie jest tak do końca, bo nikt nie idzie w góry, żeby umierać.

Ludzie wspinający się, których znałem i których znam, naprawdę bardzo chcą żyć. Kochają życie w ogóle. To nieprawda, że Wanda Rutkiewicz chciała umrzeć w górach. Ci, których  znałem, szczególnie w moim pokoleniu, chcieli mieć wszystko: i rodzinę, i dzieci, i pracę, i wspinanie, i sukcesy. Byli wręcz zachłanni na życie.

Doświadczenie, które miał każdy z nas, pozwalało wierzyć, że coś, co wydaje się niemożliwe – jest osiągalne. Podkreślę tylko, że właśnie zdobywane latami doświadczenie później procentuje, ono też składa się na tę wiarę, bo wiara bez doświadczenia to próżnia.

Wracając do samotnych wejść, powiedział pan, że moment, kiedy się staje samemu na szczycie, nie pozwala doświadczać pełnej radości, że lepiej ją z kimś dzielić.

Przy samotnych wejściach to pierwsza taka myśl - czeka mnie jeszcze mozolne zejście, muszę pamiętać o tym, że jestem sam, że nie mogę popełnić błędu, należy się skoncentrować i mieć świadomość, że to jest dopiero połowa sukcesu.

Nie jest tak, że doświadcza się jedynie czystej euforii.

Nie. Dopiero jak się zejdzie, to można będzie powiedzieć, że się odniosło sukces. Smak ewentualnego sukcesu jest odwrotnie proporcjonalny do odległości od góry. Im dalej, tym człowiek bardziej dostrzega, czego dokonał – „udało się, zrobiłem to”. Na samej górze toczy się walka. Natomiast po miesiącu, dwóch, trzech, gdy upłynie pół roku, człowiek spogląda wstecz i myśli: a jednak się udało. Sukces w pełni objawia się dopiero później, zwłaszcza że na górze jest się samemu i nie ma przy nas kogoś, z kim moglibyśmy celebrować zwycięstwo. Nie istnieje sukces w samotności.

Napisał pan: „Czasem trzeba przegrać, ale zawsze trzeba mierzyć wysoko. Nie próbujesz – nie zwyciężasz”. Trudno było panu odpuścić?

Zgadza się, bo inaczej się cofamy. Nie, nie było mi trudno odpuścić, najważniejsze, by  wyciągać wnioski.  Zawsze mierzyliśmy wysoko, nie obieraliśmy sobie łatwych celów. Stąd ataki na południową ścianę Lhotse, i choć trzy razy przegraliśmy, to zdobyliśmy cenne doświadczenia.

Powiedział pan, że wyczerpany człowiek, który walczy o przetrwanie, traci wszelką skłonność do filozofowania i że nie wolno panikować, że panika to wyrok śmierci. Panu zdarzyło się w najtrudniejszych chwilach choć przez chwilę spanikować?

Na K2 w 1994 roku, w międzynarodowym zespole pięcioosobowym, byliśmy bardzo blisko szczytu, jak się potem okazało. Ostatni etap z ostatniego obozu pokonywaliśmy wieczorem.  Powrót z K2 – tysiąc metrów bez lin – wiązał się z dużym prawdopodobieństwem, że coś się może wydarzyć. Pięcioosobowy zespół, nie byliśmy związani liną, w pewnej chwili rzuciłem takie hasło: „Chłopaki, trzeba wrócić, bo już jest późno, nie wejdziemy na szczyt”. Tak naprawdę nie wiedziałem, jak daleko jest do szczytu, bo z tej strony nigdy się nie wspinałem. Wówczas jeden z członków zespołu zapytał: „Dlaczego mamy schodzić, przecież już jest bardzo blisko do szczytu?”. Musiałem ich przekonywać, że nie ma sensu ryzykować, że możemy nie wrócić. Powiedziałem również, że co piąty alpinista nie wraca ze szczytu. To oczywiście  nieprawda, że co piąty nie wraca, ale w momencie największego napięcia zasugerowałem, że tak faktycznie jest. Podczas gdy schodziliśmy do bazy, w pewnej chwili Mike, który znajdował się dwa metry za mną, spadł mi na głowę, na kask. Gdybym nie miał wbitych w ścianę czekanów, to byśmy razem spadli. Jak się potem okazało, byliśmy bardzo blisko szczytu. Dwójka z naszej piątki – która nie przyłączyła się do nas –  przysłała nam później kartkę: „Byłeś 170 metrów od szczytu”. (śmiech).

Gdy zdobył pan ostatni szczyt z Korony Himalajów – Nanga Parbat – przyznał pan, że dopadło pana zwątpienie.  Napisał pan, że „coś się skończyło – a ja zawsze chciałem mieć coś przed sobą – nowe wyzwania, nowy cel”. Trudo było stawiać sobie kolejne cele?

To jest jedna z takich rzeczy, których się nie powinno robić. Jeśli mogę coś doradzić młodym wspinaczom, to właśnie to: nie róbcie tego, co ja zrobiłem na Nanga Parbat, bo nie powinienem był tego zrobić. Miałem szczęście. Ale wszystko przemawiało przeciw podjęciu decyzji, żeby  to zrobić. Miała tam czekać moja wyprawa z Polski – nie czekała. Przyjechałem do miasteczka, byłem sam, bo mój zespół z K2 pojechał dalej, do Islamabadu. Byłem zaaklimatyzowany, K2 zdobyłem dziesięć dni wcześniej.

Nie znałem Nanga Parbat, miał tam czekać mój zespół, myślałem, że na miejscu są już pozakładane obozy, przygotowane liny, a ja tylko przyjadę i wejdę na górę. To był mój błąd. Nie należy się przygotowywać na najlepszy przypadek. Absolutnie trzeba się nastawić na najgorszy przypadek. Kiedy pasterze doprowadzili mnie na łączkę położoną na wysokości czterech tysięcy metrów, patrzyli na mnie jak na szaleńca, jakbym był niespełna rozumu. Ktoś tam zostawił opis, pomyślałem: będę szukał śladów. Nawet przemknęło mi przez myśl, że odczekam dzień lub dwa, a potem stwierdziłem, że jeżeli się wycofam, to już nie wrócę. Pomyślałem: teraz albo nigdy.

Spakowałem się w pół dnia  i natarłem na ścianę. Nie wiedziałem, czy mi się uda, ale chciałem spróbować. Wspinałem się całą noc. Następnego dnia znów ruszyłem, już bez sprzętu, bo wiedziałem, że nie dam rady wspinać się z całym ekwipunkiem. Wziąłem tylko kurtkę puchową, maszynkę, garnek, herbatę. Podszedłem na wysokość 7300 metrów i chciałem wykopać jakąś jamę w śniegu, ale miałem szczęście, bo pod serakiem zobaczyłem linę schodzącą do śniegu i okazało się, że tam był namiot. Odkopałem go, był połamany, ale wszedłem tam, ugotowałem herbatę. Ostatniego dnia, czyli 1 sierpnia, wszedłem na szczyt.

W ogóle nie miałem poczucia, że zdobyłem Koronę. Nawet o tym nie myślałem. Ostatni etap jest bardzo skomplikowany, ponad tysiąc metrów, w terenie, gdzie nie ma jakiejś wyraźnej formacji, ciągle do góry, ciągle wyżej, wyżej, wyżej. Sam nie wiem, jak wszedłem  na górę, gdzie, którędy. Miałem obawy, że przeszedłem na drugą stronę góry, ale w pewnym momencie  na przełęczy zobaczyłem szczyt. Wiedziałem, że już mnie nic nie powstrzyma. Ostatni szczyt, nikogo nie ma. Tylko ci pasterze na dole. No i pomyślałem, że wezmę trochę kamieni. Nabrałem tych kamieni w cholerę. Potem zauważyłem kawałek żółtego materiału na szczycie i pociągnąłem za ten materiał.  Był umocowany do haka, nie spełniał żadnej funkcji.  Przeleżał tam ze dwadzieścia lat, bo był wygrawerowany, mosiężny, Austria 1976. Zabrałem go ze sobą, na wypadek, gdyby ktoś mnie pytał o dowody.

Na dole przywitała mnie seria z karabinu w wykonaniu pasterzy. Potem mi powiedzieli, że jeśli miałbym problemy z udowodnieniem tego, że zdobyłem górę, to oni mogą o tym zaświadczyć. Sądzili, że podejdę pod ścianę i zrezygnuję. Byłem dla nich bohaterem. Wróciłem do kraju – i nikt mnie nie pytał o dowód.

To była kwestia zaufania.

Tak. Byłeś? Byłem. No a dzisiaj to by nie przeszło. Wtedy jednak, w naszym środowisku, jeśli ktoś powiedział, że był na szczycie, to znaczy, że był. Cztery lata później na konferencji we Włoszech – było nas pięciu czy czterech, którzy zdobyli Koronę Himalajów – zostałem poproszony o opowiedzenie jakiejś historii. Chciałem pokazać, że mam hak ze szczytu. No więc opowiadam tę historię i nagle wstaje z publiczności facet, który mówi: „To jest mój hak”. To był Robert Schauer, Austriak, który go zostawił. Także historia się pięknie zamknęła. Ale Robert nie dostał tego haka. (śmiech)

Nie oddał mu pan?

Nie, nie oddałem.

Dziś o swoich doświadczeniach z gór opowiada pan także menedżerom. Góry – biznes. Gdzie szukać stycznych?

Jest ich bardzo dużo. Wydawałoby się, że to dwie zupełnie odmienne dziedziny, bo co ma wspinanie do biznesu. A jednak jest między nimi bardzo wiele elementów wspólnych. Szczególnie jeśli chodzi o sukces w biznesie: sukces – góra. Staram się pokazać te elementy, które są kluczowe w drodze do sukcesu zarówno w biznesie, jak i we wspinaczce.

W związku z tym prowadzę motywacyjne wykłady, które mówią o tym, jak osiągnąć sukces, jak się motywować, jak aktywnie przeżyć życie, jak być wojownikiem.

Uważam, że człowiek całe życie się uczy, cały czas się rozwija. To nasze budowanie się w górach tak samo może wyglądać w biznesie. Tutaj też trzeba mieć takie małe Everesty, pomału je zdobywać. Opowiadam o partnerstwie, przyjaźni, walce zespołowej. W alpinizmie od przyjaciela wymagamy więcej, w biznesie również tak powinno być, że od przyjaciela wymaga się więcej. Relacje są bardzo ważne w obu tych dziedzinach.

Odwaga w stawianiu sobie ambitnych celów…

W biznesie też powinno się mierzyć wysoko. Nawet jeśli nie osiągnie się sukcesu, to zostaną doświadczenia, które będą nauką na przyszłość. Jeśli się nie stawia sobie ambitnych celów, to stoi się w miejscu lub cofa, powtarzalność nie rozwija. Ważne są talent, ciężka praca, ale także wiara w powodzenie – bez tego jest ciężko.

W biznesie niektórzy twierdzą, że kiedy dostaną najlepsze narzędzia, to sobie zawsze ze wszystkim poradzą. A ja twierdzę, że nie narzędzia decydują o sukcesie, tylko człowiek. Tak jak we wspinaczce – możesz mieć najlepszy sprzęt, ale jeżeli człowiek jest słaby, to i tak nic nie osiągnie. Człowiek jest najważniejszy.

Czasem chcemy mierzyć wysoko, ale nagle się wycofujemy, bo czujemy lęk, obawy, zdajemy się na zdrowy rozsądek.

Do odwagi jest potrzebny strach. Na przykład ludzie wspinający się odczuwają strach. W biznesie też ludzie czują strach. Ale to musi być strach kreatywny. Strach, który zmusza mnie do predykcji, do przewidywania pewnych rzeczy, do budowania wyobraźni. Z kolei lęk paraliżuje. Gdybym czuł lęk, to nie wychodziłbym z domu, natomiast strach jest dopingujący. Wszyscy ludzie doświadczają strachu. To także jest ważne w biznesie.

Mówię też o ryzykanctwie i o ryzyku. W biznesie jest ryzyko, podejmujemy ryzykowne decyzje, ale nie można podejmować ryzykanckich, podobnie w górach.

Jaki według pana powinien być lider – nie tylko w górach?

Powinien mieć charyzmę, tak jak Andrzej Zawada. Lider, zanim podejmie decyzję, najpierw powinien słuchać.

Ale nie tylko słyszeć.

Warto wysłuchać, co zespół myśli na dany temat, gdy trzeba coś zrobić. Na koniec lider musi podjąć decyzję. Mamy dzisiaj bardzo dobrych alpinistów, którzy się świetnie wspinają, trudno jest każdemu narzucać swoją decyzję. Najpierw trzeba wysłuchać wszystkich. Ja tak uważam. Lider nie powinien wychodzić przed szereg, najpierw musi wszystkich wysłuchać i dopiero potem podjąć ostateczną decyzję.

Dziękuję za rozmowę

Krzysztof Wielicki - polski wspinacz, taternik, alpinista i himalaista. Piąty człowiek na Ziemi, który zdobył Koronę Himalajów i Karakorum. Członek The Explorers Club. W roku 2018 otrzymał Nagrodę Księżnej Asturii w dziedzinie sportu. W roku 2019 otrzymał Złoty Czekan za całokształt osiągnięć górskich. Więcej o działalności Krzysztofa Wielickiego czytaj na: www.krzysztofwielicki.pl

Warsztat i rzemiosło ponad wszystko.

Adam Sztaba

Pobierz wydanie 07_08/2020

Zobacz również

Ta strona wykorzystuje pliki cookies (niewielkie pliki tekstowe przechowywane przez przeglądarkę internetową na urządzeniu użytkownika) m.in. do analizy statystycznej ruchu, dopasowania wyglądu i treści strony do indywidualnych potrzeb użytkownika. Pozostawiając w ustawieniach przeglądarki włączoną obsługę plików cookies wyrażasz zgodę na ich użycie. Jeśli nie zgadzasz się na wykorzystanie plików cookies zmień ustawienia swojej przeglądarki. Więcej znajdziesz w Polityce Prywatności.