Trzeba mieć odwagę podejmować decyzje

Z Iwoną Guzowską rozmawiał Rafał Mikołaj Krasucki

fot. Lukasz Gdak/ Polska Press/ East News

Usłyszałem kiedyś pani wypowiedź, że „nic tak nie dokopie jak życie”…

Ale to żadne odkrycie (śmiech).

Miała pani takie życiowe nokauty?

Nokauty może nie, nokdaunów (oznacza powalenie przeciwnika, będące rezultatem celnego ciosu, nie zawsze musi oznaczać koniec walki – jak w nokaucie – przyp. red.) pewnie kilka by się znalazło. To pytanie zazwyczaj padało w kontekście sportowym, ale porównując prawdziwe życie do ringu, to drugie jest znacznie mniej obciążające. Myślę, że każdy ma swój sposób na radzenie sobie z ekstremalnie trudnymi i stresującymi sytuacjami. Ja przede wszystkim nie roztrząsam, nie pogrążam się w rozpaczy, tylko działam. Jestem zadaniowcem. Jeżeli w danej chwili nie widzę żadnego sensownego rozwiązania, to po prostu czekam. I wszystko na ten temat.

Doświadczyła pani uczucia bezsilności?

Bezsilność dotyczy rzeczy, na które nie mamy żadnego wpływu. Zrozumienie tego faktu wystarcza, by sobie z nim poradzić. Zdarzają się sytuacje, w których nie możemy zrobić absolutnie nic. Zwykle są związane z innymi, z bliskimi nam ludźmi, np. gdy ktoś z rodziny ulega wypadkowi albo ciężko choruje i umiera, albo pewne sytuacje dzieją się zupełnie niezależnie od nas. Takie zdarzenia zwykle doprowadzają nas do rozpaczy, wówczas czujemy bezsilność. To są sytuacje, które trzeba oswoić i się z nimi uporać. Nie ma na to recepty, każdy musi sam znaleźć sposób na to, jak sobie poradzić z takim doświadczeniem.

Bezsilność pojawia się, gdy próbujemy walczyć z przeciwnościami, zupełnie niepotrzebnie wchodząc w emocje. Świadomość, że są to rzeczy, na które po ludzku nie mamy wpływu, pozwala nam szybciej z nich wyjść. Najlepiej nie pogrążać się w takich emocjach, bo to jest jak bagno, które wciąga i zasysa, im więcej roztrząsamy, tym bardziej zapadamy się w bólu, w smutku i bezsilności. Najtrudniej jest zostawić wszystko za sobą. Niewielu z nas to potrafi. Tak jesteśmy wychowywani, że trzeba się przywiązywać do ludzi, miejsc, oczekiwań innych, bo tak wypada, bo tak należy.

Polacy – stereotypowo – są mistrzami negatywnego myślenia. Pielęgnujemy złe emocje?

To cecha ludzi. Ja bym w ogóle nie generalizowała. Nie lubię uogólnień, że my, Polacy, to jesteśmy tacy albo inni. Na to, jacy jesteśmy, ma wpływ mnóstwo czynników: historia, kultura, tradycja itd. I im większa społeczność, tym bardziej ujednolicona, ale jak zaczniemy w tej społeczności wchodzić w coraz niższe struktury – mniejsze, to się okazuje, że każdy jest inny.

Co pani czuła, kiedy stawała przed przeciwnikiem, który teoretycznie był silniejszy, a jednak pani z nim wygrywała?

 Spokój.

Spokój?

Spokój.

Ta walka toczy się na ringu czy raczej w głowie?

Walka rozgrywa się w rzeczywistym czasie, w danym miejscu, w danym momencie. Przed każdym pojedynkiem projektowałam ją sobie po to, żeby być jak najlepiej przygotowaną na to, co niespodziewane. Zwykle w ringu i tak wszystko działo się zupełnie inaczej. Każda moja walka była inna, niemniej za każdym razem towarzyszyło mi poczucie spokoju. Jeżeli chodzi o boks zawodowy, związałam się z nim, kiedy byłam już bardzo dojrzałą zawodniczką, która znalazła swoją zawodową ścieżkę. To dawało mi wewnętrzną moc, którą tak naprawdę dystansowałam swoje przeciwniczki.

Czy przed walką czuła pani stres, lęk, panikę?

Zawsze. To nie jest ani nic wstydliwego, ani dziwnego. Każdy zawodnik, który za chwilę stoczy pojedynek, odczuwa te wszystkie emocje. Dopada nas strach, niepewność. To naturalne uczucia, których jednak nikt nie lubi.

W jaki sposób udawało się pani panować nad emocjami i koncentrować całą energię na konkretnym działaniu?

Chodzi o to, żeby umieć kumulować tę energię. Mogę to porównać do wiązki światła laserowego, które skupia się i uderza dokładnie w punkt. Tak samo jest z naszą energią. Jej skupienie i skierowanie na to, co jest istotne, zwłaszcza w walce, jest kluczem do sukcesu. Rozpraszanie się, zajmowanie się tysiącem różnych rzeczy, wchodzenie w jakieś dziwne emocje, roztrząsanie ich: „o Boże, jak ja się boję, o Boże, jak ja się stresuję, a co to będzie” – to bezsensowne tracenie energii. Po prostu skoro podjęłam decyzję, że taka jest moja droga, skoro cały czas się do tego przygotowywałam, więc jestem gotowa – tak, zrobiłam wszystko, co było w mojej mocy – tak, wchodzę na ring. Wchodzę i tam jest moja energia.

Trening fizyczny wymagał specjalnej diety?

Nie można rozdzielić sfery psychologicznej i fizycznej – jesteśmy całością. Gdy mamy chore ciało, nasza psychika podupada, morale leci w dół, jak dzieje się coś z naszymi emocjami, to nasze ciało też czuje ogromną niemoc, zmęczenie itd. Każdy sportowiec, pracując na sukces, podczas treningu skupia się zarówno nad jedną, jak i drugą sferą. Przełamywanie swoich słabości, niechęci, czasami potwornego zmęczenia, stresu to jest też trening umysłu, który pozwala zapanować nad emocjami, pomaga je oswoić. To poznawanie siebie milimetr po milimetrze, odkrywanie możliwości swojego ciała. Bywało tak, że w chwili, gdy czułam, że nie jestem w stanie zrobić już ani jednego kroku, nie jestem w stanie zadać żadnego sensownego ciosu, okazywało się, że wola walki dodawała mi tak wiele siły, że nagle toczyłam kolejne rundy i robiłam to fantastycznie, z nową energią, szybko, dynamicznie, tak jak to powinno wyglądać.

W sporcie, skupiając się tylko na aspekcie fizycznym, nigdy nie osiągnie się mistrzostwa. Psychika, mentalność to podstawa, spychając je na dalszy plan, traci się tę najważniejszą część bycia człowiekiem.

Pamięta pani swoją najtrudniejszą walkę? Czego panią nauczyła?

W ringu absolutnie wszystko zależy ode mnie. Gdyby wówczas w mojej głowie pojawiła się myśl, że nie dam rady walczyć i zwyciężyć, rzeczywiście bym się poddała. Dlatego nie dopuszczałam takich myśli, odrzucałam je w zdecydowany sposób. Wówczas czułam, że robię właśnie to, co kocham, to, co potrafię najlepiej, i to dawało mi niewiarygodną moc i poczucie, że mogę wszystko. Czułam, że nie ma takiej rzeczy, której bym nie dała rady zrobić.

Odpuszczam tylko wtedy, gdy nie do końca czuję się dobrze w tym, co robię, gdy nie jestem do tego przekonana, gdy nie jest to zgodne z tym, kim jestem. Wówczas wychodzą ze mnie wszystkie „potwory”, na przykład prokrastynacja, którą stosuję na każdym kroku, odkładanie rzeczy na nie wiadomo kiedy. To, czego nie lubię robić, do czego nie jestem przekonana, zawsze jest traktowane przeze mnie po macoszemu. To, co uważam za ważne, potrzebne, co jest częścią mojej drogi, nawet jeśli jest wyzwaniem, zawsze jest dla mnie czymś, czego wyczekuję, do czego dążę. To są wnioski wyciągnięte z tych najtrudniejszych pojedynków, w których było mnóstwo kryzysów. Czasem zawodniczka grała nie fair albo była silniejsza fizycznie, wówczas okazywało się, że to nie miało żadnego znaczenia w starciu z moją determinacją. Czułam, że nikt i nic mnie nie zatrzyma, i tego nauczyła mnie rywalizacja w ringu.

Wartością jest droga, z pewnością niełatwa i pełna trudności. Czego one panią nauczyły?

Wszystko uczy. Droga do sukcesu pełna jest upadków, trudności, ale też pozytywnych zdarzeń, które dodawały skrzydeł. Wyboista droga na pewno uczy tego, że trzeba patrzeć uważnie pod nogi, podnosić te nogi wysoko, żeby sobie siniaka nie nabić i się nie przewrócić. Ale najbardziej wyboista droga może przebiegać przez piękne okoliczności i wciąż uczyć nas czegoś nowego. Dobre momenty, pozytywne doświadczenia zawsze bardziej mnie motywowały niż porażki i trudności, które bez wątpienia hartowały, wyzwalały ducha walki i uczyły niezłomności. Nie można budować niczego na skrajnościach, albo tak, albo siak, albo czarne, albo białe. Na szczęście życie jest kolorowe (śmiech).

A jak znosiła pani porażki, które towarzyszą każdemu sportowcowi, bo nie sposób być nieustannie w szczytowej formie. Jak przetrwać ten słabszy czas?

Pewnie każdy radzi sobie z tym inaczej i zależy to od wielu czynników. Porażka w życiu zawodowym, gdy robimy coś, co kochamy, co jest naszą pasją, często przynosi otrzeźwienie, pozwala uświadomić sobie, że być może nie do końca daliśmy z siebie wszystko. Często odpowiedzialnością za porażkę próbujemy obarczać czynniki zewnętrzne, osoby trzecie, i to jest błąd. Im szybciej zrozumiemy, że to, co się nazywa porażką, jest wyłącznie naszym udziałem, tym więcej się nauczymy.

Przekonałam się o tym na Mistrzostwach Świata w Gdańsku. To były moje pierwsze mistrzostwa w Polsce, na trybunach oczywiście zasiadła rodzina, kibice z Gdańska. Byłam wówczas mistrzem świata, kandydatką do złotego medalu, a w półfinale przegrałam z Rosjanką. To była dla mnie bardzo dotkliwa porażka. Zawiodłam także samą siebie, nie poradziłam sobie z emocjami. To wydarzenie na szczęście dało mi bardzo budującą perspektywę – po okresie strasznej żałoby, wstydu, poczucia żalu, rozgoryczenia przyszedł czas na refleksję. Ta porażka obudziła we mnie taką zawziętość, takie zacięcie, taki nowy ogień, jakby ktoś dolał benzyny do ognia. Wówczas uświadomiłam sobie, że nadal chcę to robić! Nie wycofałam się, nie powiedziałam – dobra, jestem, za przeproszeniem, „do dupy”, dałam ciała, już nie chcę tego robić, jestem za cienka w uszach. Nie. Wtedy pomyślałam: przecież ja kocham to, co robię! Teraz to ja dopiero pokażę! I tak też się stało. Dzięki temu podpisałam później kontrakt w boksie zawodowym, bo wiedziałam, że chcę to robić dalej, przynajmniej przez jakiś czas.

Gdybym tę porażkę przypisała czynnikom zewnętrznym, które miały wpływ na mój stan emocjonalny, nie wyciągnęłabym z niej tak konstruktywnych wniosków.

Im szybciej zrozumiemy, że gdy coś się nam nie udało, potoczyło się nie tak, jak planowaliśmy, trzeba wziąć poprawkę na wiele zewnętrznych czynników, tym łatwiej zdołamy się zmobilizować do działania. Rzadko bierzemy to pod uwagę, zamiast tego popadamy we frustrację: zawaliło się, nie oddałem kontraktu na czas. A dlaczego nie oddałeś? Przeanalizuj. Okazuje się, że ileś rzeczy po drodze zawalaliśmy. Na pewnym etapie pojawiła się buta, nonszalancja, zabrakło staranności.

Oczywiście bywa też tak, że zrobiliśmy wszystko co w naszej mocy, a i tak okazało się, że nie jesteśmy w tym momencie jeszcze wystarczająco dobrze przygotowani do tego, żeby wykonać dane zadanie tak, jak byśmy chcieli.

Powstaje pytanie: czy to, co inni ludzie nazywają porażką, rzeczywiście nią jest? To jest fundament. Zwłaszcza w sporcie jest to bardzo widoczne. Na przykład o udziale Justyny Kowalczyk w ostatnich igrzyskach mówiło się, że to była porażka. Otóż nie! To nie jest porażka. To jest fantastyczny start zawodniczki, która ma już w nogach tysiące kilometrów, poza sobą lata obciążenia treningiem, wycieńczenie organizmu itd., a mimo to zakwalifikowała się, startowała, była wśród najlepszych biegaczek na świecie. Jesteśmy jednak przyzwyczajeni do tego, że ona zdobywała medale, odnosiła sukcesy i w naszej ocenie ten występ to porażka. Dla Justyny – to sukces, że pomimo upływu czasu dalej robi to, co kocha. Robi to dla siebie. To jest niezwykle ważne. Czy każda porażka rzeczywiście nią jest? Trzeba sobie uczciwie odpowiedzieć na to pytanie. Zmierzyć się z prawdą, przeanalizować, co zawaliliśmy, a jeśli nie, to cieszyć się z tego, co się dało radę zrobić do tej pory. Nawet jeśli „nie osiągamy” założonego celu, ale daliśmy z siebie wszystko, to przeszliśmy fantastyczną drogę, fantastyczną przemianę. Znowu przekroczyliśmy jakąś granicę. Takie przekraczanie siebie, które pomaga w dążeniu do sukcesu, w biznesie jest po prostu codziennością.

Czy sport panią zahartował?

Myślę, że tak. Niektóre cechy charakteru wniosłam do sportu, niektóre to sport we mnie wyszlifował, to się przenika. Myślę, że to wszystko, czego podejmujemy się w życiu, czego dotykamy, i w przenośni, i namacalnie, się przenika. Ma wpływ na to, jak wygląda nasze życie, jakie decyzje podejmujemy.

Szanuj siebie, swoją duszę, swoje marzenia – to pani słowa. To jest recepta na dobre życie?

Tak, bo szacunek do samego siebie to jest klucz. Poprzez brak szacunku człowiek wpada w kompleksy, nie ma poczucia własnej wartości, a co za tym idzie krzywdzi nie tylko siebie, ale krzywdzi też innych ludzi wokół siebie. Gdyby każdy miał poczucie własnej wartości, poczucie bezwzględnego szacunku do siebie, nie dawałby się obarczać czyimiś oczekiwaniami, nie dawałby sobą manipulować, wcisnąć się w schemat oczekiwań, że masz być taki, a nie inny, bo w przeciwnym razie nie będziesz miał np.: żony, dzieci, psa, określonego modelu samochodu i wysokich zarobków, a bez tego jesteś nikim.

To nie jest łatwe. Jak to osiągnąć?

Odkrywać siebie. Mieć odwagę. Nauczyć się tego, że kiedy nagle zniknie ta cała otoczka, te wszystkie bańki mydlane pod tytułem: fantastyczna posada, świetny samochód, przepiękny dom, rewelacyjna żona, przystojny mąż, pozostanie to, co stanowi rusztowanie. Przecież to wszystko możemy stracić w mgnieniu oka. Nadal mamy to, co najważniejsze, wszystko, czego nam potrzeba – siebie. Tak długo, jak człowiek ma siebie – ma wszystko. Dlatego szanujmy siebie, swoją duszę, swoje marzenia… a my często pozwalamy, by to czyjeś marzenia wyznaczały naszą drogę. Czyjeś oczekiwania ukierunkowywały nasze życie zawodowe, a często nawet prywatne. Przecież to jest bzdura na resorach.

Czyli wystarczy dać sobie szansę?

Dokładnie tak, ale trzeba mieć na to cholernie dużo odwagi. Dzieci, kiedy są malutkie, doświadczają świata bez oceniania go. Przyjmują wszystko to, co się dzieje, takim, jakie to jest. Jak się cieszą, to się śmieją, jak jest im smutno, to płaczą, a jak są głodne, to też płaczą. A jak w piaskownicy podczas zabawy jedno drugie zdzieli łopatką, to bardzo szybko sobie wybaczają i bawią się dalej, pozwalają temu wszystkiemu odejść w naturalny sposób. Ale później, jak już dziecko dorasta, przychodzi do domu i słyszy: on uderzył cię łopatką, jesteś pierdoła, jesteś nic niewart, co, nie umiałeś nic z tym zrobić, idź mu oddaj. Ale może też usłyszeć: nie martw się, tak już musi być. To jest jeden z miliarda przykładów. Przychodzi taki moment w życiu człowieka, że przestaje doświadczać świata bez oceniania, bez wpływu takich oczekiwań zewnętrznych. To wszystko zaczyna się psuć, i to paradoksalnie, za sprawą najbliższych, rodziny, ludzi, którzy zawsze to robią w dobrej wierze, ale odnoszą zupełnie odwrotny skutek. Czy kiedy był pan dzieckiem, to pana emocje, pana myśli były mniej prawdziwe niż dziś?

Chyba nie.

No nie. Były tak samo ważne. Tylko pytanie brzmi: co się stało po drodze, że tak wielu ludzi straciło tę naturalną ciekawość świata i chęć doświadczania świata, ludzi, wszystkiego, co nas otacza, bez etykietowania, bez narzucania swojej woli, swoich oczekiwań. Wolność kocham i rozumiem. (śmiech)

Pani jest bardziej niepoprawną czy poprawną optymistką?

Jestem po prostu optymistką. Nie wiem, czy poprawną, czy niepoprawną. Na pewno jestem strasznie przekorna, niezależna, taka Zośka Samośka, i zawsze taka byłam. Jestem wolnym duchem.

Jest pani niezwykle pozytywną osobą, niemal zawsze uśmiechniętą…

To jest właśnie ta siła wewnętrzna. To jest ta harmonia. Można się tego nauczyć, ale tak jak powiedziałam, trzeba mieć odwagę, bo to prowadzi do strasznej rewolucji w życiu. Odwaga daje nam przestrzeń, żeby zrezygnować z tego, do czego jesteśmy przywiązani, z tradycji, z toksycznych relacji, być może z pracy, której nienawidzimy. I teraz pytanie: czy nasz poziom przywiązania jest już tak ekstremalny, że pomimo tego, że już wiemy, co nam w duszy gra, nie jesteśmy w stanie z tego zrezygnować, bo co powiedzą inni?

Odwaga pozwala nam wznieść się ponad pewien komfort, swego rodzaju status quo…

To poczucie bezpieczeństwa też jest ułudą, dlatego że wszystko można stracić w mgnieniu oka. Pytanie: jak chcesz przeżyć życie? Czy podążysz głównym nurtem: jeśli masz dobrą, stabilną robotę, to już się takiej trzymasz – i tak sobie będziesz płynął przez to życie, czy może jednak będziesz tego życia doświadczał tak, jak tego chcesz? Tak jak ci w duszy gra. Tak jak podpowiada ci twoja intuicja. Przecież bardzo wielu z nas już nie pamięta, kim jest. I odwieczne pytanie: kim jestem, po co żyję? Gdyby człowiek sam zaczął odkrywać siebie, nie zadawałby sobie takich pytań.

Pani książka pełna jest refleksji, metafor…. Bardziej jest dla kobiet czy dla mężczyzn?

Pisałam ją oczywiście bardziej z myślą o kobietach, bo jestem kobietą, ale jak pokazują reakcje czytelników, jest dla każdego, i to jest miłe. Nie jest to żadne literackie arcydzieło, to książka osobista, podzieliłam się w niej pewnymi trudnymi doświadczeniami, pokazałam, jak wyglądało moje życie jakby w dwóch odsłonach. I według stereotypów w ogóle nie powinnam tu dzisiaj być i udzielać wywiadu. Pewnie powinnam zostać wykluczona społecznie, albo żyć na pograniczu wykluczenia, powinnam być bezrobotna i nie wiem co jeszcze. A tak nie jest.

Co pani czuła, kończąc Sparkasse Ironman Frankfurt?

O Jezu, jaką radość! Miałam ciarki na całym ciele. Ja po prostu… Cały wszechświat miałam w sobie, u swoich stóp. Tak się czułam!

Każdy powinien spróbować?

Każdy powinien spróbować tego, co mu kiedyś tam chodziło po głowie. Mnie, tak po prostu, olśniło – i powiedziałam: „Wow! To musi być czadowe. Żeby przebiec triathlon, trzeba być jakimś nadczłowiekiem. Chciałabym pobiec”. I tak się po wielu latach złożyło, że dostałam szansę. To wypowiedziane życzenie, rzucone w przestrzeń, w kosmos, później wróciło, i proszę – dostałam szansę. Chcesz? Zrób to! Dobra, biorę tego byka za rogi i idę, robię to. Każda niesamowita rzecz, którą robią ludzie, zostawia iskry i sprawia, że czuję ciarki na plecach i dreszcz emocji. Takie działania sprawiają mi ogromną radość, kiedy podejmuję je sama. Teraz wróciłam do malarstwa. Boże, jaka to frajda! Już zapomniałam, jakie to jest fantastyczne. Ledwie zdążyłam na dzisiejszą rozmowę. Ocknęłam się za pięć pierwsza, jeszcze z pędzlami, cała umorusana. Malując, zapominam o całym świecie, ale to jest taki fajny świat.

Pani maluje olejami?

Teraz maluję farbami akrylowymi, dzięki Bogu już są. Kiedyś były tylko olejne, ze względu na zapach rozpuszczalników i terpentyny musiałam uważać, ponieważ ja mam astmę oskrzelową, więc zawsze podczas malowania bardzo źle się czułam. Akryle mają neutralny zapach, nikomu nie przeszkadzają. A w rozpuszczalnikach trzeba było myć pędzle, no masakra. Więc teraz mam ten komfort, że są farby akrylowe. Maluję akrylami, trochę szkicuję… Do tego dzisiaj wrócę i będę kończyć.

Wszystkie pani obrazy są takie monochromatyczne?

Nie, nie wszystkie.

Świetne, jestem pod wrażeniem.

Tak po prostu się dzieje, gdy człowiek robi to, co chce. Trzeba próbować, trzeba szukać, trzeba mieć odwagę podejmować radykalne decyzje. Czasem nam się wydaje, że na coś już jesteśmy za starzy, za poważni. Co to znaczy za poważni? Wpływają na nas oczekiwania innych, oczekiwania społeczne, pewne normy, stereotypy. A wolność wewnętrzna daje harmonię, tę wewnętrzną radość czerpaną z każdego dnia, z tego, co się robi. Zdarzają się sytuacje, których nie chciałabym w swoim życiu, na które nie mam wpływu. I czasami nie jest aż tak fantastycznie, ale ten spokój wewnętrzny odczuwam zawsze. Bo wiem, kim jestem.  

Sam talent to stanowczo za mało, konieczna jest ciężka praca.

Agnieszka Radwańska

Pobierz wydanie 12/2019

Zobacz również

Ta strona wykorzystuje pliki cookies (niewielkie pliki tekstowe przechowywane przez przeglądarkę internetową na urządzeniu użytkownika) m.in. do analizy statystycznej ruchu, dopasowania wyglądu i treści strony do indywidualnych potrzeb użytkownika. Pozostawiając w ustawieniach przeglądarki włączoną obsługę plików cookies wyrażasz zgodę na ich użycie. Jeśli nie zgadzasz się na wykorzystanie plików cookies zmień ustawienia swojej przeglądarki. Więcej znajdziesz w Polityce Prywatności.