Świat ma jeszcze dla mnie wiele niespodzianek

Z Elżbietą Dzikowską rozmawiała Katarzyna Patalan

fot. Maciej Zienkiewicz/ Agencja Gazeta

„Starość to stan umysłu – wiekiem nie ma co się przejmować” – to pani słowa. Wciąż jest pani młoda duchem?

Oczywiście. Przed chwilą wróciłam ze spaceru, bo spaceruję codziennie. Zatrzymała mnie sąsiadka i pyta: „Jak to się dzieje, że pani się w ogóle nie zmienia?”. A ja odpowiadam: „A po co?” (śmiech). Starość to stan umysłu niezależnie od wieku, ja nie mam z tym problemu. W głowie mam lat osiemnaście plus (śmiech) i jest mi z tym bardzo dobrze.

Nie da się ukryć, że jest pani w doskonałej kondycji. Co dodaje pani wigoru?

Tak jak wspomniałam, staram się codziennie trochę pochodzić, jakieś pół godziny lub godzinę pobiegać z kijkami – zależy, ile mam czasu. Ale przede wszystkim mam pozytywny stosunek do świata, myślę pozytywnie, lubię ludzi, a do tego ciągle mam dużo pracy – i to też bardzo pomaga. To wszystko sprawia, że wciąż nieźle wyglądam. Poza tym bardzo dużo piję: wody, herbaty, ale lubię też wino. Nawadniam organizm, a to przekłada się na dobrą cerę. Wiele lat temu, pewnie ze czterdzieści, rzuciłam papierosy, choć dziś uważam, że o wiele za późno, bo spory kawałek życia przepaliłam, a paliłam ze czterdzieści sztuk dziennie. Dziś papieros przeszkadza mi nawet na ekranie.

Czy zwraca pani uwagę na dietę?

Nie zawsze byłam w stanie zwracać na to uwagę. Gdy byłam dzieckiem i młodą dziewczyną mieszkającą na Podlasiu, jadło się to, co było, podobnie kiedy byłam na studiach. W podróży też trudno na to zwracać uwagę, je się to, co można. Natomiast w domu – owszem, nie lubię jeść tłusto, jem dużo warzyw, owoców. Sądzę, że zdrowo się odżywiam.

Pani znak rozpoznawczy to szczery uśmiech i oryginalna biżuteria…

Dodam jeszcze – krótka fryzura. Uśmiech to najkrótsza droga do serca. Często przytaczam słowa Mahatmy Gandhiego, który powiedział, iż uśmiechając się, dajesz tak wiele, a nie tracisz nic. Poza tym wszyscy na całym świecie uśmiechamy się w tym samym języku. To najlepszy dowód, że uśmiech łączy. Ponieważ moi rodacy częściej narzekają, niż się uśmiechają, postanowiłam ten uśmiech promować. Odbyły się wystawy: „Uśmiech świata”, był album „Uśmiech świata”, i na każdym spotkaniu o tym uśmiechu przypominam. Ludzie odwzajemniają uśmiech i to jest naprawdę bardzo miłe.

Zawsze była pani taką optymistką? Życie nie oszczędzało pani, zwłaszcza w dzieciństwie i latach dorastania.

Chyba tak. Nigdy się nie poddawałam. Byłam uparta. Zawsze parłam do przodu. Nawet w trudnych chwilach nie załamywałam się, nie poddawałam i wierzyłam, że się uda, a nie że się nie uda. Moja szklanka zawsze była do połowy pełna.

To kwestia wrodzonego optymizmu?

Myślę, że odziedziczyłam go po mojej babci. Była dla mnie wielkim autorytetem, aczkolwiek bardzo surowo mnie wychowywała. Ale może się to przydało. (śmiech)

Często pani wspomina, że to właśnie babcia nauczyła panią szacunku do pracy, ale też tego, że trzeba pracować.

Tak.

 I choć formalnie jest pani na emeryturze, to ciągle jest pani zajęta.

 No tak. Byłabym stara, gdybym nie pracowała.

Jak z tą pracą w pani życiu jest?

To jest tak, że praca jest sensem mojego życia. Miłość, praca to jest sens życia. Cieszę się, że mogę robić to, co lubię, a w dodatku jeszcze trochę mi za to płacą. (śmiech)

Nad czym teraz pani pracuje?

Trwają prace nad piątym tomem książki „Polska znana i mniej znana”, która ukaże się w maju. Jednocześnie przygotowuję album „Dzieci w fotografii Elżbiety Dzikowskiej”, w którym pokażę dzieci z całego świata. Trwają także prace nad albumem „Fryzury i nakrycia głowy”. Ostatnio wyszedł album „Drzwi i okna świata”, a wcześniej „Biżuteria świata”. Jak widać, moje plany są rozległe.

Podróże, fotografia, sztuka... To tylko niektóre pani pasje. Z tych pasji uczyniła pani swoją pracę – to duże szczęście, gdy praca jest pasją?

Zawsze to mówię, aż stało się to może banalne, ale życie bez pasji jest jak potrawa bez soli. To pasja nas niesie do przodu, tak bezinteresownie, a jeżeli możemy jeszcze czerpać z tego korzyści – to tym lepiej. Pasja w życiu jest bardzo ważna. Moją pasją jest muzyka klasyczna, fotografia, a ostatnio moja nowa kotka. Jest kotka Mona i pies Lisa, zatem mam Mona Lisę (śmiech).

Podróżowanie to według pani „niebezpieczny wirus” – gdzie się nim pani zaraziła?

Kiedyś trudno nawet było marzyć o podróżach. Moje pierwsze podróże to wyprawy do lasu na grzyby. Potem uczyłam się o dalekich krajach, o Chinach, studiując sinologię, ale dopiero po czwartym roku, albo już po czwartym roku, wyjechałam do Kraju Środka na sześć tygodni. Już po drugim roku studiów chciano mnie wysłać na dwa lata na stypendium, ale nie otrzymałam wówczas paszportu. Na szczęście po odwilży październikowej czasy się trochę zmieniły i mogłam wyjechać do kraju, o którym się tyle uczyłam.

Tak się zaczęła pani przygoda z podróżowaniem, ale też dziennikarstwem.

Jako dziennikarka po raz pierwszy popłynęłam statkiem handlowym o romantycznej nazwie: „Transportowiec” przez Kubę do Meksyku. Wówczas pracowałam w redakcji „Kontynentów”, a nieco wcześniej w redakcji miesięcznika „Chiny”. Moją pierwszą pracą była praca w bibliotece uniwersyteckiej, gdzie odkurzałam książki, albowiem nie mogłam znaleźć zajęcia z językiem chińskim. Dziś ustawiałyby się do mnie kolejki z ofertami.

Wciąż pani podróżuje – nie jest pani zmęczona?

W ubiegłym roku przemieszczałam się głównie po Polsce, ponieważ przygotowuję książkę, o której pani wspominałam. Uważam, że najpierw trzeba poznać swój kraj, choćby po to żeby móc o nim opowiadać w świecie. Teraz ten świat jest otwarty. Kto ma zdrowie, pieniądze i czas, może jechać, gdzie chce, nie tak jak niegdyś bywało. A ja wciąż podróżuję. Za chwilę wybieram się do Afryki, na początku marca wylatuję do Gwinei Bissau, Senegalu i Gambii, pod koniec marca do Albanii, o której zawsze marzyłam (przyp. red. wywiad odbył się w połowie lutego). Mam nadzieję, że we wrześniu pojadę do Papui--Nowej Gwinei, poważnie się do tego przymierzam. Ten świat ma dla mnie wiele niespodzianek, wciąż mnie fascynuje. Może podzielę się wrażeniami z tych podróży z moimi słuchaczami, widzami, a przede wszystkim czytelnikami. Bo książka to wartość, moim zdaniem, największa. To, co pojawia się na ekranie, mignie, przeleci, a książka ma trwałą wartość.

Dodam tylko, że pani podróże nie mają nic wspólnego z leżeniem pod palmą…

Nigdy. Nie, nie, nie, to zawsze są objazdowe wyprawy, każdego dnia jest co innego. Podobnie będzie w Afryce czy w Papui-Nowej Gwinei, gdzie najpierw chciałabym zobaczyć i sfotografować Festiwal Sing Sing, na którym zbiera się sto plemion. Podczas festiwalu wszystkie plemiona tańczą i śpiewają w swoich plemiennych strojach i ozdobach. Potem chciałabym popłynąć rzeką Sepik do wiosek, z których pochodzą uczestnicy festiwalu, żeby zobaczyć, jak wygląda ich życie codzienne.

Zwiedziła pani niemal cały świat. Najpiękniejsze miejsce to…

Nie ma takiego jednego miejsca. Nigdy nie liczę krajów, nie liczę kilometrów, nie liczę tych miejsc. Nie po to jeżdżę po świecie. Jeżdżę po świecie, ponieważ mam w sobie pasję poznawania. Chcę zobaczyć, co jest za horyzontem. Niezmiennie urzekają mnie Bieszczady, do których zawsze chętnie wracam, wydałam nawet album „Moje Bieszczady”. Są też odleglejsze cudowne miejsca, jak Angkor Wat w Kambodży czy Machu Picchu w Peru. Świadczą one o tym, jaką wspaniałą cywilizację stworzyli ludzie. Możemy się od nich uczyć, a na pewno należy ich szanować. Tego trzeba uczyć w szkołach – szacunku dla innych. Tego właśnie uczą podróże.

Szacunku do różnorodności?

Tak. Do innych ludzi i do innych cywilizacji.

Choć świat dziś zdaje się nie mieć granic, to z tym szacunkiem i akceptacją różnorodności bywa różnie…

Wczoraj jechałam taksówką, którą prowadził Hindus. Rozmawialiśmy po angielsku i okazuje się, że jakoś sobie daje tu radę, a mnie wcale nie wydał się obcy. Też się do mnie uśmiechał, ja uśmiechałam się do niego. Warto przełamywać bariery kulturowe. Trzeba o tym uczyć i nie bać się tego, czego nie znamy, co jest odmienne. Przecież Polska była krajem wielonarodowym i to nam wyszło na dobre.

Czy jest na pani mapie takie miejsce, do którego pani chętnie wraca, gdzie ładuje pani akumulatory?

Nowy Jork, który daje mnóstwo energii. To miasto, w którym się nie chodzi, ale biega. Gdzie wszystko jest pod ręką: i muzea, i filharmonie, i dobre jedzenie, a przy tym tanie (śmiech), tańsze niż w ojczyźnie. Bardzo lubię Nowy Jork, ale często też wracam do Peru.

Byłam tam trzynaście razy. Jestem bardzo związana z tym miejscem, doprowadziłam tam do budowy pomnika Ernesta Malinowskiego, polskiego inżyniera i budowniczego Centralnej Kolei Transandyjskiej, jeszcze do niedawna najwyżej położonego odcinka torów na świecie. Z Tonym Halikiem byliśmy pierwszymi Polakami, którzy dotarli do ostatniej stolicy Inków Vilcabamby. Mam tam przyjaciół, bardzo Peru lubię. Lubię Meksyk, ale lubię też Daleki Wschód, Chiny. Lubię Chiny nie tylko dlatego, że uczyłam się ich języka, ale to taki ciekawy kraj, bardzo różnorodny. I właściwie chyba jedyny, który przez tysiąclecia zachował swoją cywilizację.

Podróże to nie tylko miejsca, ale też ludzie – którzy z tych spotkanych na pani drodze byli dla pani najważniejsi?

Przede wszystkim mój drugi mąż Tony Halik, którego poznałam w Meksyku. W tamtym czasie miałam tam wielu przyjaciół, np. Annę Morelli, która robiła świetną biżuterię. Była Włoszką, doktorem filozofii, przeniosła się do Meksyku, zafascynowana sztuką przedkolumbijską, zaczęła tworzyć wspaniałą, inspirowaną tą sztuką biżuterię. Mam od niej wiele darów. Niektóre z nich zostały pokazane w albumie „Biżuteria świata”. Tęsknię do niej, ale jej już niestety nie ma.

Przyjaźniłam się z José Luisem Cuevasem, wybitnym artystą, też niestety już świętej pamięci. Gdy go poznałam, był początkującym artystą, teraz ma muzeum swojego imienia w stolicy Meksyku.

W Peru zaprzyjaźniłam się z profesorem Edmundo Guillénem, z którym wraz z Tonym Halikiem dotarliśmy do ostatniej stolicy Inków – Vilcabamby. Również bardzo mi go brakuje, bo już go niestety nie ma.

Przyjaźniłam się z Ryszardem Kapuścińskim, którego też już nie ma, a poznałam go jeszcze w Polsce.

Oczywiście nie mogłabym nie wspomnieć o Tonym Haliku, z którym pani podróżowała i dzieliła życie, realizowała kultowy program „Pieprz i wanilia”. Dziś próbuje pani ocalić o nim pamięć, dzięki pani powstało Muzeum Podróżników im. Tony’ego Halika w Toruniu. Wciąż je pani wspiera i doposaża – dlaczego warto tam się wybrać?

Kilkanaście szkół w Polsce nosi imię Tony’ego, są też harcerskie drużyny jego imienia, hufce. Muzeum zostało otwarte w 2003 r. nie z mojej inicjatywy, tylko z inicjatywy miasta. Przyjechała do mnie pani Lidia Szmit, która zaproponowała, że jeżeli przekażę im eksponaty, którymi ilustrowaliśmy nasze programy, stworzą Muzeum im. Tony’ego Halika. Nie zgodziłam się od razu. Powiedziałam, że to są moje wspomnienia. Potem to przemyślałam i zmieniłam zdanie.

Eksponaty z programu „Pieprz i wanilia” to tylko promil tego, co można zobaczyć w muzeum. Ponad 90 proc. eksponatów to moje dary, bo z każdej podróży przywożę coś oryginalnego właśnie do muzeum. Warto wstąpić do muzeum przy okazji wizyty w Toruniu, bo jest tam parę bardzo ciekawych kolekcji. Między innymi największa, najbardziej różnorodna kolekcja biżuterii etnicznej w Polsce. Kolekcja strojów, kolekcja kapeluszy, są ciekawe eksponaty z różnych kontynentów, między innymi z Nowej Gwinei.

Poza tym warto zobaczyć maski z Gabonu. Spędziłam tam kilka dni u polskich misjonarzy franciszkanów, którzy nawracali Gabończyków. Oni dawali im krzyżyki, a ci w zamian ofiarowali im maski. Misjonarze zgromadzili ładną kolekcję. Dostałam od nich kilka takich masek i przekazałam je do muzeum.

Dziś podróżowanie jest łatwiejsze?

Dzisiaj jest bardzo łatwo podróżować. Trzeba mieć czas, pieniądze i zdrowie, a świat stoi przed nami otworem. A kiedyś można było mieć czas, można było mieć zdrowie, ale nie było pieniędzy i nie było paszportu. Ja miałam wyjątkowe szczęście, że pracowałam w takim piśmie, które mogło mnie wysyłać w podróże. Choć warunki pracy dziennikarza były nieporównywalnie trudniejsze. Na pierwszy trzymiesięczny wyjazd do Meksyku otrzymałam 180 dolarów i naprawdę bywało ciężko, ale zwiedziłam wszystko, co chciałam zobaczyć.

„Wierzę, że najszczęśliwsze chwile jeszcze przede mną” – to pani słowa…

No pewno. Kiedyś mi proponowano, żebym była ambasadorem akcji Senior Plus, a ja powiedziałam: „Proszę na mnie spojrzeć – czy ja jestem Senior Plus? Ja jestem Senior Minus”. (śmiech) W jednym z wywiadów zapytano mnie, czy jestem retro, a ja odparłam, że futuro – i tak myślę naprawdę. Jeszcze wiele jest przede mną. Trzeba po prostu chcieć i nie rezygnować. Nie narzekać.

I mieć tę pogodę ducha, którą pani ma…

Wciąż chcę się nią dzielić.

Z uśmiechem dziękuję za rozmowę.

Zawsze mówiłam, że możesz wszystko, tylko przestań się bać.

Agnieszka Rylik

Pobierz wydanie 07-08/2019

Zobacz również

Aktywność antidotum na stres

Z Sylwią Karolak-Marcinkowską z Wydziału Społeczeństwa Informacyjnego Departamentu Cyfryzacji w Urzędzie Marszałkowskim Województwa Łódzkiego rozmawiała Katarzyna Patalan

Najważniejsza walka to walka o siebie

Z Agnieszką Rylik rozmawiał Rafał Mikołaj Krasucki

Każdy pracownik potrzebuje odskoczni

Z Teresą Wiertek, ekspertem ds. socjalnych w Śląskim Urzędzie Wojewódzkim, rozmawiała Katarzyna Patalan

Ta strona wykorzystuje pliki cookies (niewielkie pliki tekstowe przechowywane przez przeglądarkę internetową na urządzeniu użytkownika) m.in. do analizy statystycznej ruchu, dopasowania wyglądu i treści strony do indywidualnych potrzeb użytkownika. Pozostawiając w ustawieniach przeglądarki włączoną obsługę plików cookies wyrażasz zgodę na ich użycie. Jeśli nie zgadzasz się na wykorzystanie plików cookies zmień ustawienia swojej przeglądarki. Więcej znajdziesz w Polityce Prywatności.