Sam z siebie nie mam zwyczaju poetyzowania

Z Andrzejem Poniedzielskim rozmawiał Rafał Mikołaj Krasucki

fot. Jacek Poremba

Powiedział pan kiedyś, że jest nieprzewidywalny. Czyli…

Nieprzewidywalność? Ja zachowuję się w życiu, i w chodzie tak zwanym codziennym, raczej dość niespiesznie. Zauważyłem to w sobie, że ta przewidywalność związana jest z tym, że ja ciągle się zastanawiam nad kolejnym krokiem. Co gorsza, z wiekiem się to zmienia jeszcze na niekorzyść – to znaczy dłużej trwa. A poza tym mam taki zwyczaj, że jak występuje jakiś problem, mój pierwszy odruch jest taki, że robię krok do tyłu. Myślę, że dzięki temu zyskuję perspektywę, która pozwala mi podjąć jakąś sensowną decyzję. To jest taka moja przewidywalna nieprzewidywalność.

Czy w dzisiejszych czasach, w dobie pośpiechu i dynamicznych zmian, jest miejsce na poezję?

Zawsze jest, bo poezja, moim zdaniem, to rodzaj nie tyle oddechu, ile spojrzenia z pewnej perspektywy. Myślę, że ważne w naszym życiu jest to, żebyśmy byli w miarę szczęśliwi albo przynajmniej nie nieszczęśliwi. Równie istotne jest ustalenie dystansu między sobą a resztą świata. Dystansu rozumianego tak, że musi być zachowana jakaś odległość bezpieczna dla nas i dla tego świata. Żebyśmy sobie nie zagrażali w żaden sposób, żeby świat za mocno w nas nie wchodził, nie atakował nas niechcianymi przez nas aspektami – i vice versa. Ten dystans jest, moim zdaniem, warunkiem koniecznym. Chodzi o dystans między rodzicem a dzieckiem, między człowiekiem a polityką, między człowiekiem a ONZ-etem. Różne są te dystanse w różnych dziedzinach i o ten dystans chodzi. Poezja jest próbą odnalezienia czegoś takiego w sobie. Czasem wystarczy nazwać coś inaczej i okazuje się, że łatwiej to znieść, a poza tym zyskujemy dystans do danej sprawy.

Mówi pan o sobie, że jest poetą użytkowym. Co to znaczy?

Poeta użytkowy to coś takiego jak pies myśliwski niepraktykujący. Taka jest definicja poety użytkowego. To rodzaj pewnej twórczej potencji. Nie jestem poetą, który rano wstaje, zbiera myśli i pisze. Chociaż czasem to konieczne, kiedy mam jakieś zamówienie. I faktycznie trzeba się napić kawy i trzeba to napisać, ale tak sam z siebie nie mam zwyczaju poetyzowania. Musi być to rzecz użytkowa, czasem jest to tekst piosenki napisanej dla kogoś czy dla siebie, czasem fragment spektaklu. Ot, takie użytkowe rzeczy.

O czym pan lubi pisać?

Bardzo lubię o tym pisać, o czym muszę. Na przykład, podjąłem się napisania songu do powstającego w teatrze musicalu w reżyserii Janusza Józefowicza z muzyką Janusza Stokłosy. Chodzi o „Mistrza i Małgorzatę”, także nie byle co. Adaptacji dokonał pewien Rosjanin, a ja próbuję to na polski nie tyle przełożyć, ile napisać od nowa piosenki. Dlatego mówię, że lubię robić to, co muszę, bo u mnie nie jest to wewnętrzny imperatyw – działania te postrzegam raczej w kategoriach wyzwania. To jest taka opętańcza skłonność do nazywania czegoś po swojemu. Cała ta twórczość jest taka „ma”.

Nieco uprzedził pan moje pytanie. Przygotowując się do wywiadu, znalazłem taką pańską wypowiedź: „Czasami w człowieku budzi się opętańcza potrzeba nazewnictwa”. Co jest tego powodem?

Są to powody, o których wspomniałem. W pewnym momencie zauważamy, że jakiś problem nas dotyczy, przeszkadza nam żyć. I dość późno konstatujemy, że może tak się dziać, dlatego że albo to rzeczywiście jest problem, albo że używamy do nazwania go nie naszego języka. Języka skądś „zaprzyprowadzonego”, czyli języka, który świat nam narzuca. Jeżeli spróbujemy to nazwać po swojemu, okazuje się, że albo w ogóle nie ma tego problemu, albo trzeba to nazwać inaczej, na nowo. Cała historia poezji, literatury jest próbą nazywania na nowo rzeczy, które już zostały nazwane. Tylko że czasy się zmieniają, ludzie się zmieniają i trzeba to adaptować kolejny raz.

Często pan improwizuje na scenie?

Szczerze powiedziawszy – głównie improwizuję. Dlatego też spotykamy się tu, w Teatrze 6. Piętro, gdzie mam określoną rolę do zagrania, z określonymi słowami, z określonymi gestami, z określonymi ruchami, bo jak ja nie skończę swojej wypowiedzi na danym słowie, to reszta nie ruszy. I to dla mnie jest trochę męczarnia, bo ja wychodzę na scenę z jakimś tam swoim kłopotem w głowie, mniejszym albo większym. Wiem mniej więcej, co mam mówić, ale żebym wiedział, co powiem… to nie bardzo.

Ma pan swój specyficzny, ale rozpoznawalny styl zachowania na scenie. Kiedy oglądałem pana występy, czasami miałem wrażenie, że ten pana spokój, opanowanie - doprowadzą do tego, że się nic nie wydarzy. Nastąpi cisza i pan sobie pójdzie ze sceny. A tu nagle dzieje się wiele, sala wybucha śmiechem. W czym tkwi fenomen pańskiego specyficznego stylu? A może to taka sceniczna sztuczka?

To nie jest sztuczka. Ja tego nie wymyślam. Wychodzę do ludzi z jakimś rzeczywistym problemem, kłopotem, troską. Jak rozwiązać jakiś problem albo jak coś właściwie nazwać. Zdziwiony jestem rzeczywistością, pozostaję w stanie wiecznego zdziwienia i to zdziwienie przenoszę na scenę. Próbuję sobie to sam wytłumaczyć, a że usiłuję nazywać wszystko po nowemu i po swojemu, stąd czasem wychodzi dość śmiesznie. Kiedy patrzę na to z boku, widzę to tak, że to jest żart, z którego obie strony mają wyjście – to znaczy on nie musi się wcale udać. I ludzie o tym wiedzą. Ja wiem, że to się może nie udać, ponieważ ja jestem wtedy bardzo skupiony. Wszelkie dygresje, na przykład ze strony publiczności, czasem wybijają mnie z tego skupienia. A tak w ogóle, nie lubię dzieci na widowni, mimo że ogólnie dzieci lubię albo toleruję. Dziecko jest w stanie bardzo drastycznie wyrwać człowieka z tego stanu zamyślenia. Miałem kiedyś taką przygodę – wyszedłem na scenę i zacząłem monolog. Przygotowałem sobie pierwsze zdanie: „Myślałem dużo ostatnio…”. Z sali padło: „Gratulacje!” i widownia nagle podzieliła się na pół. Jedni stanęli po stronie owego dopowiadacza, inni po mojej. Nie byłem na to przygotowany. Jednak gdzieś tam z nieba spłynął na mnie ratunek, bo odczekałem chwilę, zgodnie ze swoim temperamentem, i powiedziałem, zwracając się w kierunku mojego adwersarza z sali: „Dziękuję bardzo, ale wyczułem w pana głosie ton zazdrości”. I tak właśnie to się odbywa. Na scenie nie wolno ani zasnąć, ani być zbyt pewnym siebie. Tak mi się wydaje.

Odnoszę wrażenie, że współczesny świat pozbywa się liryki, pięknych słów, wrażliwości na rzecz miałkiego, pustego przekazu. Nie obawia się pan tego, że kiedyś podczas jakiegoś występu nikt pana nie zrozumie?

Już teraz czasem mam wrażenie, że tak się dzieje, ale dotyczy to pojedynczych osób. Nie mam zwyczaju patrzenia ludziom w oczy. Dopiero całkiem niedawno wyzbyłem się nawyku patrzenia w podłogę podczas występu. Czasem, kiedy zaczynam zdanie, widzę w którymś rzędzie obywatela, obywatelkę, którzy mniej więcej w połowie mojego monologu pogubili się. I potem z przestrachem zdaję sobie sprawę, że już się nie odnajdą. Nigdy w życiu. Ale ja się na to nie obrażam. Wydaje mi się, że język polski w tym stopniu, w jakim ja go posiadłem, znam i nie znam zarazem, jest szalenie różnorodny i wspaniały, ale staje się językiem martwym, tak jak łacina.

Da się żyć, nie spiesząc się?

Da się, chyba tak. Zresztą jest to dość pozorne, bo zdziwiłby się pan, jak ja osobiście jestem mocno związany z zegarkiem i kalendarzem. Tylko tak sobie planuję, żeby się nie spieszyć, w myśl zasady, że „pośpiech upokarza”.

W pisaniu ważną rolę odgrywa plastyka słowa. Nazywanie, tak jak wcześniej rozmawialiśmy, rzeczy zupełnie inaczej, niż zrobiono to wcześniej, pisanie o tym, co już zostało napisane w inny sposób – to wymaga świetnego warsztatu i zabawy językiem.

Wymaga przede wszystkim wiedzy i wiadomości. A skoro użył pan słowa „plastyka”, to według mnie pisanie wymaga pewnych zdolności rzeźbiarskich. Dlatego mnie tak pociąga to, o czym mówiłem wcześniej – pisanie rzeczy użytkowych. Narzuca to pewne ograniczenia, ale też daje poczucie absolutnej wolności, która wyzwala pisarską swobodę. Na przykład tworząc piosenkę, muszę napisać ją do istniejącej muzyki. To już jest ograniczenie. Musi się zgadzać ilość sylab, musi się zgadzać pewien rytm, rym. W związku z tym, te skłonności rzeźbiarskie się przydają. Niektórzy mówią na to „warsztat”. I tak sobie myślę, że trzeba tę rzeźbę tak wykończyć, aby przy tym nie stracić również siebie.

Często opisuje pan rzeczywistość, czasem pokazuje to, co nas boli, czasem prowokuje. Łatwo jest urazić dzisiaj kogoś inteligentnym żartem?

Staram się nie drwić z ludzi. Zostałem wychowany na takim kabarecie, w którym nie mówiono: „źle zrobiłeś, głupi jesteś”. Staram się raczej mówić, że „źle zrobiliśmy, że możeśmy są trochę głupi”. Bliska jest mi raczej metoda powątpiewania, więc myślę, że nie uraziłem nikogo za mocno. Wiem, że na sali są różne osoby. A teraz przyszły takie czasy, że faktycznie można kogoś urazić. Scena polityczna tak się podzieliła, że są sami urażeni.

Panie Andrzeju, przepracował pan ponad 40 lat w kulturze. Warto było?

Wydaje mi się, że warto. To jest przepastna kraina. Kilka lat temu wydałem swoje książki i jako autor odwiedziłem wiele bibliotek w naszym kraju. To nieodkryty świat wspaniałych ludzi. Znałem kulturę na poziomie lokalnym, z domów kultury, a biblioteki są czymś całkiem, całkiem innym. Tam się dzieje kultura, tam się ona odbywa. Miałem wiele spotkań autorskich i mogłem być wówczas blisko z ludźmi. Estrada stwarza ogromny dystans. Nie chodzi nawet o gwiazdorstwo – to wielka przepaść, której się nie da pokonać. Ale ja się wychowałem w klubach studenckich, w ciasnych, zadymionych pomieszczeniach, gdzie na metr kwadratowy przypadało siedmiu ludzi, a jednak tam kultura się działa i to się czuło. Myślę, że dbałość o kulturę i praca z kulturą nadal ma się dobrze i warto się temu oddawać. I pewnie dlatego, póki trwamy, kulturze nic nie może zagrozić.

Serdecznie dziękuję za rozmowę.

I ja dziękuję.

Ważne w naszym życiu jest to, żebyśmy byli w miarę szczęśliwi albo przynajmniej nie nieszczęśliwi.

Andrzej Poniedzielski

Pobierz wydanie 11/2019

Zobacz również

Ta strona wykorzystuje pliki cookies (niewielkie pliki tekstowe przechowywane przez przeglądarkę internetową na urządzeniu użytkownika) m.in. do analizy statystycznej ruchu, dopasowania wyglądu i treści strony do indywidualnych potrzeb użytkownika. Pozostawiając w ustawieniach przeglądarki włączoną obsługę plików cookies wyrażasz zgodę na ich użycie. Jeśli nie zgadzasz się na wykorzystanie plików cookies zmień ustawienia swojej przeglądarki. Więcej znajdziesz w Polityce Prywatności.