Nauczyłam się słuchać intuicji

Z Małgorzatą Kożuchowską rozmawiała Katarzyna Patalan

fot. Marcin Tyszka dla AVON

Jest pani jedną z najbardziej popularnych aktorek w Polsce. Kilka lat temu zdecydowała się pani tę popularność wykorzystać dla dobra innych: diametralnie zmieniła swój image, obcięła włosy, sprzedała zdjęcia, a pieniądze przekazała na zorganizowanie wypoczynku chorym dzieciom. Skąd w pani chęć pomagania?

Fundamentalne wartości wynosi się z domu. Myślę też, że mój zawód bardzo ułatwia pomaganie. Był taki moment w moim życiu, kiedy poczułam, że popularność to ogromna siła. Serial „M jak miłość” święcił triumfy i gromadził przed telewizorami miliony widzów. Postać, którą grałam, cieszyła się wielką sympatią. Otrzymywałam mnóstwo dowodów na to, że ludzie traktują mnie jak kogoś bardzo bliskiego, członka rodziny, kogoś, kogo darzy się zaufaniem. Siłą rzeczy zaczęły zwracać się do mnie stowarzyszenia, fundacje i osoby organizujące pomoc w różnym zakresie. Wydawało mi się, że moim obowiązkiem, ale też potrzebą płynącą z serca, jest to, żeby sprostać każdej takiej prośbie i wyjść naprzeciw tym wszystkim oczekiwaniom. Pomagać na tyle, na ile jestem w stanie. W pewnym momencie okazało się, że próśb o pomoc jest tak dużo, że niemożliwością było, żeby je wszystkie spełnić. Odpowiedzieć na każdą wiadomość, zaangażować się, pojechać wszędzie, spotkać się. Wtedy pomyślałam, że trzeba temu nadać jakiś konkretny kształt i uporządkować podejmowane działania. Zaczęłam współpracować z Fundacją Mam Marzenie. Jej idea bardzo mi się spodobała. Wszyscy mamy marzenia i wiemy, jakie wyzwalają endorfiny, kiedy się spełniają. Zostałam ambasadorką fundacji. Równolegle współpracowałam z Ewą Gorzelak, moją koleżanką jeszcze z czasów szkoły teatralnej, i prowadzoną przez nią Fundacją Nasze Dzieci, która opiekowała się dziećmi z Centrum Zdrowia Dziecka. Ukierunkowałam swoją działalność charytatywną na bardzo konkretne cele. Wydawało mi się, że w ten sposób pomoc staje się o wiele bardziej wymierna. Nie jesteśmy w stanie pomóc wszystkim. Musimy w pewnym momencie coś wybrać. To nie znaczy, że ograniczam się wyłącznie do działania w fundacji, jakkolwiek jest ona dla mnie priorytetem.

Kilka miesięcy temu przeprowadziłam wywiad z Karoliną Adamską, prezes Fundacji Mam Marzenie. Poznałam wówczas wiele poruszających historii małych pacjentów. Jak pani sobie z tym radzi? Potrafi pani zachować pogodę ducha, uśmiech w obliczu tych dramatycznych historii?

Wychowałam się w szczęśliwej rodzinie, mam dwie wspaniałe młodsze siostry, skończyłam świetną szkołę, mam cudownych przyjaciół, jestem zdrowa, mam różne talenty, osiągnęłam sukces zawodowy, mogę realizować swoje marzenia i plany. W pewnym momencie poczułam potrzebę odwdzięczenia się za to wszystko i podzielenia się dobrem z innymi, właśnie pomagając tym, którzy nie mieli aż tyle szczęścia w życiu.

Pamiętam pierwszą wizytę na oddziale onkologii dla dzieci w klinice przy ul. Litewskiej. Nie wiedziałam, co mam zabrać ze sobą, jakie są potrzeby pacjentów. Czy mam kupić słodycze, zabawki, czy wydrukować swoje zdjęcia. Wtedy usłyszałam, że wystarczy, żebym przyszła. Odbierałam to wtedy jako próżność. Jak to? Sama moja obecność ma komuś w czymkolwiek pomóc? Nie było to dla mnie oczywiste. Wydawało mi się zawsze, że nie można przyjść z pustymi rękoma, że trzeba przyjść z czymś. Postanowiłam więc chociaż wydrukować swoje zdjęcia, bo pomyślałam, że może ktoś będzie chciał dostać autograf...

Byłam stremowana i przejęta. Bałam się, że się rozkleję. Wolontariusz, który był wówczas ze mną, zauważył, co się ze mną dzieje. Bardzo pomogły mi jego słowa: „Słuchaj, my tutaj przychodzimy po to, żeby dać tym dzieciom radość i siłę. Nie ma tutaj miejsca na nasze emocje. Ty jesteś po to, żeby dawać im uśmiech, one chcą od ciebie czerpać radość. Chcą widzieć twój uśmiech, energię. One tutaj czekały cały dzień”. Dzieci, niektóre tak słabe, że nie podnosiły się z łóżka, rano dowiedziały się, że przychodzi do nich Hania z „M jak Miłość”. Chciały się ładnie ubrać, czekały na mnie, wypatrywały mnie. Od rana były naładowane pozytywną energią. I na tym polegał sens tej wizyty i mojego pojawienia się w klinice.

Oczywiście trzymałam się dzielnie przez całą tę wizytę i wykonałam zadanie do końca, ale kiedy stamtąd wyszłam, musiałam odreagować. Wiadomo, że nie mamy takiej siły, by spełnić najważniejsze życzenie małych pacjentów, czyli sprawić, by byli zdrowi, ale możemy im dać siłę do walki z chorobą. Najważniejsza jest psychika: stan ducha, podejście do leczenia, choroby.

Czy któraś z historii małych pacjentów szczególnie utkwiła pani w pamięci?

Prowadziłam kiedyś program telewizyjny „My, Wy, Oni”, w którym staraliśmy się, przynajmniej raz w sezonie, spełniać jedno marzenie. Przyszedł do nas chłopiec ze swoją mamą i jego marzeniem było pojechać do Watykanu, do papieża. Po programie zaproponowałam: „Ja chcę spełnić to marzenie. Już nie szukajmy pieniędzy”. Wiedziałam, że chłopiec jest w bardzo ciężkim stanie i liczy się czas. Wkrótce dostałam maila od wolontariuszki, że niestety marzenie nie może być zrealizowane w najbliższym czasie, ponieważ stan chłopca się pogorszył, lekarze nie udzielają zgody na podróż i jest mało prawdopodobne, żeby on w ogóle zdążył wyjechać gdziekolwiek. Na koniec zapytała, co mają zrobić z pieniędzmi. Odpisałam, że dopóki chłopiec żyje, pieniądze są przeznaczone na spełnienie jego marzenia, niech leżą na koncie i niech czekają. Minęło może pół roku, dostaję znowu maila, że stan chłopca poprawił się na tyle, że jeżeli mamy kiedykolwiek jechać, to teraz. Wyjazd został bardzo szybko zorganizowany. Krótko po tej podróży dostałam wiadomość, że chłopiec jest po kolejnych badaniach i że nie ma komórek rakowych. Jest to niewytłumaczalne, ale jest zdrowy. Można to próbować zrozumieć na różne sposoby. Wierzę, że zadziałała siła marzeń, że nigdy nie można się poddawać. Trzeba mieć nadzieję, do końca. Sam czas oczekiwania na spełnienie marzenia jest niezwykle mobilizujący dla organizmu i ma znaczenie terapeutyczne, uzdrawiające.

Niesamowita historia. Chłopiec ma się dobrze?

Tak, żyje, uczy się. Takich przykładów jest więcej.

W jednym z wywiadów powiedziała pani, że człowiek nie może żyć tylko dla siebie. Chciałabym ten wątek zakończyć takim zdaniem: pomaganie sprawia, że czuję się…

Prawdziwym, spełnionym człowiekiem. Moje życie ma głębszy sens. Egocentryzm jest wpisany w mój zawód. To, że mam okazję pomagać innym i dawać to, co mam w sobie najlepszego, tym, którzy zmagają się z nieszczęściem, chorobą czy cierpieniem, rekompensuje te momenty, w których muszę się skoncentrować wyłącznie na sobie.

Wspomniała pani o tym, że miała szczęśliwy dom, wyniosła pani z tego domu autentyczne wartości. Czy ten fundament pozwala pani być wierną swoim zasadom – na przekór światu, w którym pani funkcjonuje?

Po wielu latach, kiedy sama mam rodzinę i dom, dochodzę do wniosku, że kamieniem węgielnym w wychowaniu dzieci jest przykład, że to działa najsilniej. Jako młoda osoba nie doceniałam tego, wydawało mi się, że rzeczywistość, w której dorastałam, to jest coś naturalnego. Myślałam, że tak po prostu jest i już. Dopiero kiedy zaczęłam samodzielne życie, wyprowadziłam się z rodzinnego domu, przeprowadziłam się do Warszawy, zaczęłam studiować, stykać się z ludźmi obarczonymi różnymi dramatami, zaczęłam doceniać to szczęście, które mnie spotkało. Wiadomo, że nie ma sytuacji idealnych. Jednak siła, którą daje rodzina, miłość, wsparcie, jest najważniejsza. Moja mama bywała powściągliwa wobec moich sukcesów. Jako dorosła kobieta kiedyś jej to wypomniałam. Potrzebowałam wsparcia i potwierdzenia, że to, co robię, jest dobre. Ona z kolei się obawiała, że będę zadzierała nosa i że trzeba mi go ucierać. To była jej lekcja pokory.

Wykonuję zawód, w którym jestem cały czas poddawana ocenom. Są we mnie lęki, niepewności, wahania. My, aktorzy, jesteśmy zbudowani z takich emocji. Mimo wszystko rozumiałam, że krytycyzm mojej mamy jest konsekwencją tego, że ona mnie bardzo kocha i chce dla mnie dobrze, że chce mi oszczędzić rozczarowań, kiedy będę musiała radzić sobie już kompletnie sama. Cały czas pozostajemy w bardzo bliskich relacjach. Mimo że mam niemałe doświadczenie, często pytam o radę rodziców i rodzeństwo. Ich opinia jest dla mnie bardzo ważna. Mają dystans do świata, w którym funkcjonuję. Prowadzą swoje życie, mają swoje rodziny, wykonują inne zawody, funkcjonują w innym środowisku. Zawód aktora jest trudny, wyczerpuje emocjonalnie, mimo to udało mi się założyć rodzinę. Chociaż w pewnym momencie myślałam, że jest to „mission impossible”.

Uprawia pani zawód, w który wpisana jest zmienność, niepewność popularności, ról, jest to zawód specyficzny i dość dynamiczny. Jak pani sobie z tym radzi? Ludzie z natury dążą do stabilizacji.

Każda rola, każdy kolejny projekt musi potwierdzać naszą wartość. Ryzyko i niepewność są wpisane w zawód aktora. Staram się, aby rodzina była kręgosłupem, który daje oparcie w trudnych sytuacjach. Zależy mi na tym, aby każdy nowy projekt, w który się angażuję, spełniał pokładane w nim nadzieje. Daję z siebie wszystko, bo zazwyczaj jestem filarem i motorem napędowym tych przedsięwzięć, więc spoczywa na mnie duża odpowiedzialność. Jeżeli się waham, konsultuję swoje wątpliwości z bliskimi mi osobami, do których mam zaufanie. Czasami podejmuję ryzykowne decyzje, ale taki mam charakter. Nauczyłam się słuchać intuicji. Znam siebie o wiele lepiej niż kiedyś, potrafię rozpoznać, który projekt jest wart zaangażowania. Przy wyborze ról staram się kierować rozsądkiem, przemawiają do mnie projekty, które reprezentują jakąś wartość i mają charakter misyjny. Jakkolwiek to zabrzmi, czasami lubię też zrobić coś, co po prostu sprawi mi radość. Przez tyle lat uprawiana tego zawodu, w tak intensywny sposób i na wielu różnych polach, potrzebny jest wewnętrzny napęd. To sprawia, że nie popadam w rutynę. Czasami angażuję się w projekty, które na pierwszy rzut oka są mi obce, wydają się ryzykowne, po to, żeby poznać nowych ludzi, doświadczyć nowej energii i żeby cały czas mi się chciało.

W zarządzaniu od kilku lat dużo się mówi i robi, by budować świadomość pracowników i systemy wspierające zachowanie równowagi między życiem prywatnym i zawodowym – jest pani niezwykle zapracowana – jak pani udaje się zachować tę równowagę?

Bywały różne momenty w moim życiu: zawodowym i prywatnym. Bardzo angażowałam się w moje działania aktorskie. Wydawało mi się, że założenie rodziny graniczy z cudem. Ale udało się. (śmiech) Czasami zatracam się w ferworze pracy, ale przychodzi taki moment, kiedy zadaję sobie pytanie: Czy rzeczywiście to jest miejsce, w którym chciałabym być? Czy gdzieś się nie pogubiłam? Niejednokrotnie zarzucano mi pracoholizm. Na szczęście przekonałam się o tym, że potrafię żyć bez pracy, a nawet to lubię. (śmiech) Negocjuję warunki umów, tak, aby zagwarantować sobie zachowanie równowagi.

Muszę mieć też energię i czas dla dziecka. Jego narodziny były przełomowym momentem w moim życiu. Dziecko bardzo uporządkowało pewne kwestie. Z rodzinnego domu wyniosłam przekonanie, że warto zadbać o rodzinę, bo to źródło wartości i siły. I dla niej czasami muszę też z czegoś zrezygnować.

Chcę, żeby syn miał poczucie, że mama jest z nim na co dzień, nie tylko w niedzielę. Z tego powodu zaangażowałam się między innymi w prace zarządu w ZASP-ie, który ma siłę decyzyjną, żeby walczyć o pewne regulacje w tym zawodzie. Mój zawód polega na dawaniu. Żeby móc dawać z siebie to, co najlepsze, trzeba tę energię mądrze uzupełniać.

Trochę pani wyprzedziła moje pytanie. Chciałam zapytać, czy pani zawsze była taka zdroworozsądkowa, czy pani wypracowała w sobie takie podejście?

To kwestia znajomości siebie, swoich ograniczeń, ale też swoich możliwości. Zdrowy rozsądek nabywa się z latami wraz z doświadczeniem. Jestem w stanie zdystansować się do trudnych sytuacji i nie przejmować się tak strasznie jak dawniej każdą rzeczą. Nie zawsze tak było. Kiedyś każdy dzień na planie i każdy nowy projekt sprawiały, że gwałtownie wzrastał mój poziom adrenaliny i… stresu. Gdybym nie nauczyła się z wiekiem studzić emocji, nie wiem, do czego by mnie to zaprowadziło. Z drugiej strony emocje są podstawą mojej pracy. Ideałem jest zatem umieć znaleźć właściwe proporcje i oddzielić pracę od życia prywatnego.

Ma pani na swoim koncie wiele ról i filmowych, i teatralnych. Czy jest jakaś szczególna postać, która była dla pani wyzwaniem?

Każda nowa rola, nad którą się pracuje, jest najważniejsza na świecie i oddaje się jej całą duszę i ciało. Potem przychodzi czas, który to zaangażowanie weryfikuje. Na pewno punktem zwrotnym w moim życiu zawodowym była praca z Jerzym Jarockim. W tamtym czasie realizowałam projekty komercyjne, które cieszyły się popularnością, ale równolegle bardzo intensywnie pracowałam w teatrze. Najpierw w Teatrze Dramatycznym, a potem w Teatrze Narodowym, ale też występowałam na scenie Teatru Telewizji. Uczyłam się od najlepszych i nieustannie rozwijałam.

Czułam się absolutnie spełniona, nie miałam kompleksów. Dawało mi to ogromną siłę i wyzwalało olbrzymie pokłady twórczej energii. U Jarockiego nie miałam taryfy ulgowej. Zrobiliśmy razem „Błądzenie” i „Kosmos” Gombrowicza, i „Miłość na Krymie” Mrożka. Jeździłam rano na plan filmowy przed próbą, grałam moje sceny bladym świtem, następnie przyjeżdżałam na próbę do teatru na dziesiątą. Dawałam z siebie dwieście procent pełnej dyspozycyjności: i fizycznej, i intelektualnej. Tego samego dnia albo wracałam jeszcze na plan, albo grałam spektakl wieczorem. I tak dzień w dzień. Kochałam to.

Domyślam się, że mimo tej heroicznej pracy nigdy nie przeszło pani przez myśl, by zrezygnować z teatru?

Nie. Jako dziewczynka marzyłam, że będę aktorką, ale myślałam o sobie przede wszystkim jako o aktorce teatralnej. Przez wiele lat brałam udział w zajęciach teatralnych w Studio P w Młodzieżowym Domu Kultury w Toruniu. Od najmłodszych lat widziałam siebie na scenie. Film i telewizja bardzo mnie pociągały, ale wydawały mi się abstrakcyjne, odległe, nie miałam też możliwości zobaczyć, jak wygląda praca na planie filmowym. Byłam kompletnie zielona. Zanim zrobiłam „Kilera”, miałam za sobą tylko dwa filmy telewizyjne. Wszystkiego nauczyłam się dopiero w praktyce.

Jedną z ostatnich pani ról jest rola policjantki u Patryka Vegi. Miała pani problem z zagraniem tej postaci, z diametralną zmianą wizerunku? Zwłaszcza że jest pani atrakcyjną kobietą i ikoną mody.

Moje wybory pokazują moje przekorne podejście do aktorstwa. Nie mam żadnego problemu z tym, żeby się zmienić na potrzeby roli, zrezygnować z utrwalonego wizerunku, oszpecić się, eksperymentować. Jest to element tego zawodu, coś naturalnego. Patryk Vega daje aktorom zadania na przekór ich wizerunkowi, a wiadomo, że każdego aktora takie wyzwania pociągają najbardziej. Spotkaliśmy się z mojej inicjatywy. Powiedziałam mu, że bardzo mi się podoba to, jak pracuje z aktorami, jak ich na nowo odkrywa. Chciałam, żeby wiedział, że jestem otwarta na podobny eksperyment. Wiem z doświadczenia, że to trzeba otwarcie zakomunikować. Po jakimś czasie Patryk powierzył mi rolę Heleny w „Plagach Breslau". Zaczęliśmy próby. Patryk zaproponował, żeby postać, w którą się mam wcielić, była kompletnie wbrew mojemu temperamentowi, charakterowi, sposobowi poruszania się, mówienia itd. Zapaliłam się do tego projektu. Zbudowałam postać zgaszoną, pozbawioną ekspresji, którą mam na co dzień. Wymagało to ode mnie całkowitego zaufania do Patryka i chemii na linii aktorka – reżyser. Grałam w jego grę, ale nie było to coś, w czym od razu czułam się swobodnie.

Muszę przyznać, że było to odświeżające, ożywcze doświadczenie. Jestem bardzo wdzięczna Patrykowi Vedze i mam nadzieję, że to nie była nasza ostatnia wspólna przygoda. Dawno nie miałam takiej frajdy z grania.

Zaczęłyśmy rozmowę od marzeń i na marzeniach chciałabym zakończyć nasze spotkanie. Proszę nam zdradzić pani najbliższe plany.

Moim marzeniem, które staram się od jakiegoś czasu realizować, jest to, żeby mieć wpływ na projekt już na etapie jego powstawania, nie ograniczać się jedynie do roli odtwórcy. Bycie twórcą, a nie tylko wykonawcą daje mi prawdziwą satysfakcję z uprawiania tego zawodu i poczucie spełnienia.

Jestem dumna z tego, co udało mi się osiągnąć, ale mam w sobie apetyt na to, by szukać dla siebie nowych dróg rozwoju, na których będę mogła wykorzystać moje dotychczasowe doświadczenia. Zarówno w sztuce, biznesie i działalności społecznej. Liczę na to, że jutro jeszcze nie raz mnie zaskoczy, a mój przekorny charakter nie pozwoli mi osiąść na bezpiecznym gruncie.

I tego pani życzę, nowych wyzwań.

Dziękuję.

Zdjęcia Małgorzaty Kożuchowskiej ilustrujące wywiad pochodzą z sesji zdjęciowej wykonanej na zlecenie marki AVON. Małgorzata Kożuchowska jest ambasadorką marki AVON.

Sam talent to stanowczo za mało, konieczna jest ciężka praca.

Agnieszka Radwańska

Pobierz wydanie 12/2019

Zobacz również

Ta strona wykorzystuje pliki cookies (niewielkie pliki tekstowe przechowywane przez przeglądarkę internetową na urządzeniu użytkownika) m.in. do analizy statystycznej ruchu, dopasowania wyglądu i treści strony do indywidualnych potrzeb użytkownika. Pozostawiając w ustawieniach przeglądarki włączoną obsługę plików cookies wyrażasz zgodę na ich użycie. Jeśli nie zgadzasz się na wykorzystanie plików cookies zmień ustawienia swojej przeglądarki. Więcej znajdziesz w Polityce Prywatności.