Na pozycji lidera trzeba mieć zaufanie zespołu

Z Czesławem Langiem rozmawiała Katarzyna Patalan

fot. Maciej Zienkiewicz

Wielokrotnie miał pan koszulkę lidera. W kolarstwie na lidera pracuje cała drużyna, ważna jest praca zespołowa. Czy z kolarstwa można coś zaimplementować do biznesu?

Oczywiście, że tak. Żeby wygrać wyścig, zwłaszcza wyścig etapowy, w którym nie ma miejsca na przypadek, gdzie liczy się każda sekunda, żeby być najlepszym ‒ zespół jest bardzo ważny. Szczególnie odczuwalne jest to na poszczególnych etapach wyścigu, gdzie wieją silne wiatry, a największym przeciwnikiem kolarza jest opór powietrza. Tunel aerodynamiczny, który się tworzy, gdy kolarz jedzie pierwszy, sprawia, że zużywa on 100 proc. swojej energii, drugi już 70, a kolejny 60, a jeszcze ten z tyłu to prawie 40 proc. Czyli ten, który jedzie pierwszy, daje z siebie wszystko, by kolejny z drużyny miał więcej siły i energii w końcówce. Praca zespołowa jest bardzo ważna, zwłaszcza na etapach płaskich i górskich.

Niezwykle istotne jest, by skompletować zgrany, dobrze współpracujący zespół, a do tego trzeba mieć charakter lidera. Jeżeli mam dla ciebie pracować, muszę mieć pewność, że ty później powalczysz dla mnie. Tylko wtedy zawodnicy są zmotywowani i dają z siebie więcej. W kolarstwie obowiązuje taka zasada: ten, który wygrywa – dzieli się nagrodami z całą drużyną.

Dziś sportowcy zarabiają pieniądze, mamy kolarstwo zawodowe, ale pamiętam, gdy startowałem w Wyścigu Pokoju – mówiono: „Jedziecie dla idei, a nie dla pieniędzy”. Kolarstwo traktowano jako nasze hobby, zatem wygrywaliśmy: pucharki, dywany, krzesła, nawet opony czy akumulator można było wygrać – wszystko to, czego nie było na rynku. Zbieraliśmy te gadżety i na koniec wyścigu się tym dzieliliśmy. Ktoś wziął telewizor, a ktoś inny dywan (śmiech).

Wracając do współpracy w zespole ‒ żeby mieć pozycję lidera – trzeba mieć zaufanie członków zespołu. Trzeba pokazać ludziom, którzy dla ciebie pracują, że cenisz ich pracę, tylko wtedy będą intensywnie pracowali i tylko wtedy zespół będzie silny.

Jest pan utytułowanym sportowcem, biznesmenem, a także rolnikiem – bez wątpienia z sukcesami na wielu polach działalności. Dziś swoimi doświadczeniami dzieli się pan z menedżerami. O czym pan im opowiada?

Dzielę się swoimi doświadczeniami, których fundamentem jest zasada: miej marzenia, postaw sobie realne cele, konsekwentnie pracuj nad ich realizacją. Faktycznie można wszystko osiągnąć. Jestem doskonałym przykładem, że marzenia mają moc. Urodziłem się w małej wiosce, daleko od wielkich klubów, od wielkich pieniędzy i możliwości, ale marzyłem, by kiedyś pojechać w Wyścigu Pokoju, by reprezentować Polskę na mistrzostwach świata, na igrzyskach olimpijskich. Kiedy zakończyłem karierę, marzyłem o tym, żeby nasz narodowy wyścig Tour de Pologne uplasował się w grupie najważniejszych wyścigów świata. To były marzenia. Zawsze mówię, że jak się marzy, jak się pozytywnie myśli, jak się ciężko pracuje, to można osiągnąć wiele – tak się działo w moim życiu.

Trochę uprzedził pan moje pytanie. Konsekwencja jest kluczowa w osiąganiu sukcesu. Co pana determinuje? Co pana napędza i powoduje, że pan nie rezygnuje?

Myślę, że to kwestia charakteru i wychowania, które wyniosłem z rodzinnego domu. Tak jak wspomniałem, urodziłem się na wsi: już od najmłodszych lat miałem wiele obowiązków i pomagałem rodzicom w gospodarstwie. Chociaż ojciec był kierownikiem PGR-u, mieliśmy swoją krowę, świnie, kury, króliki, sadziliśmy ziemniaki, brukiew, mieliśmy kawałek łąki, gdzie suszyliśmy i zbieraliśmy siano. Te obowiązki bardzo mądrze mnie wychowały, nauczyły szacunku do pracy, szacunku do pieniędzy. Wpoiły mi przekonanie, że bez pracy i konsekwencji nie ma wyników. To poczucie nie było narzucane przez rodziców, tylko przyszło w naturalny sposób. Babcia, mama – wychodziły w pole, a ja razem z nimi. To była najlepsza szkoła życia. Wychowanie poprzez pracę. Później to się przeniosło na sport, na biznes, na wszystko. Czasem mam wrażenie, że niektóre wydarzenia, podjęte decyzje działy się trochę tak jakby poza mną. Wierzę w przeznaczenie.

Po zakończeniu zawodowej kariery kolarskiej mieszkałem we Włoszech, kupiłem tam dom, miałem dobrą pracę, ale coś mnie ciągnęło do Polski. Czułem, że chcę wrócić do kraju, zostawić tu coś po sobie. Stąd decyzja o organizacji Tour de Pologne, który 26 lat temu praktycznie umierał, a dziś wyścig należy do najważniejszych wyścigów świata, tak jak Tour de France jest we Francji, tak Tour de Pologne jest w Polsce. Myślę, że kluczowa była konsekwencja, w moim przypadku wyniesiona z domu, z dzieciństwa, z młodości. Poza tym wróciłem do miejsca, gdzie się wychowywałem. Mimo że w Warszawie mam biura i prowadzę tam wiele interesów, kupiłem wielką ruinę w Barnowie na Kaszubach, gdzie się urodziłem. Spędzam tam cały wolny czas. Prowadzimy Eko Folwark, uprawiamy ekologiczne zboża, warzywa, hodujemy konie. To moje miejsce na ziemi.

„Atakuj wtedy, gdy jest najciężej” – to pana słowa. To przepis na sukces nie tylko w sporcie?

Nie tylko, w biznesie także. Jeżeli wszyscy mają kryzys, a ciebie będzie stać na to, by podjąć ryzykowne decyzje, np. więcej zainwestować w reklamę, jeszcze więcej dać z siebie niż normalnie, to na pewno będzie dobre posunięcie. W najcięższych momentach nie można się gdzieś chować. W sporcie mówimy, że jedziemy pod górę, wszystkim jest bardzo ciężko, wydaje się, że już się nie zrobi ani jednego obrotu więcej, i wtedy, o ile masz silną psychikę, myślisz – skoro mi jest tak bardzo ciężko, to pozostałym też. Wówczas atakujesz. To jest właśnie moment, żeby atakować, żeby się nie poddawać. Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą. Nie wolno się poddawać, bo w życiu nigdy nie wiadomo, jak się to wszystko potoczy.

Pan nie poddawał się nawet w tych najtrudniejszych momentach?

Po upadku podczas Wyścigu Pokoju w 1978 r. zwichnąłem staw barkowy. Zmagałem się ze strasznym bólem, przeszedłem ciężką operację, trafiłem prawie na pół roku do szpitala. Zostałem wykreślony z kadry. Trenerzy, wychodząc ze szpitala, szeptali między sobą: „Z tego Langa to już nic nie będzie”. Myśleli, że nie słyszę. Te słowa podziałały na mnie motywująco, dały mi wewnętrzną siłę. Sam sobie musiałem udowodnić, że chcę naprawdę mieć super sezon, wyleczyć kontuzję, choć groziła mi amputacja ręki. Pracowałem całą zimę, całą wiosnę, trenując dwa razy więcej niż inni. W roku 1980 wygrałem wszystko, co chciałem wygrać: zdobyłem tytuł wicemistrza olimpijskiego, dwukrotnie wywalczyłem medal mistrzostw świata, a także wygrałem Tour de Pologne oraz wyścig Settimana Ciclistica Lombarda. Jak ja to mówię: nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Te zwycięstwa otworzyły mi drogę do zawodowego kolarstwa. Byłem pierwszym zawodnikiem z bloku wschodniego, który podpisał zawodowy kontrakt. Wyjechałem do Włoch. Mieszkałem tam prawie 15 lat, zaliczyłem wszystkie najważniejsze wyścigi świata.

Choć skończył pan karierę zawodową wiele lat temu, wciąż jest pan związany z kolarstwem, organizując wspomniany Tour de Pologne – jeden z pięciu najbardziej prestiżowych wyścigów kolarskich na świecie. Co sprawiło, że 26 lat temu postanowił pan zainwestować własne pieniądze i energię w to przedsięwzięcie?

Myślę, że każdy sportowiec, czy mówi o tym, czy nie, jest patriotą. Kiedy zakładam biało-czerwoną koszulkę na mistrzostwa świata i igrzyska, wiem, że ta koszulka nie jest tylko moja, to koszulka, na którą czekają moi kibice. Pamiętam rok osiemdziesiąty, wielkie zmiany, Lech Wałęsa, Solidarność, walczymy o zmianę ustroju. Braliśmy udział w olimpiadzie, a w tamtych latach my, sportowcy, walczyliśmy nie tylko dla samego sportu, ale też żeby „dokopać” Ruskim, Niemcom, czy to w boksie, czy na rowerach, czy na Wyścigu Pokoju. Kibice się cieszyli, jak Polak wygrał przed Ruskim. Takie były te czasy. To była jedyna możliwość, by pokazać, że jesteśmy silni. Do tej pory kibice, kiedy mnie spotykają, dziękują za Moskwę, za to, że mogli przeżywać te wielkie emocje. To zostało w pamięci i przenosi się też na moją działalność. Kiedy organizujemy Tour de Pologne, pokonujemy około 1200 kilometrów w Polsce, blisko 500 miejscowości. Towarzyszą nam wielkie emocje sportowe, bo to jest kolarstwo na miarę Ligi Mistrzów. Staramy się promować i pokazywać Polskę, ale też budzić w kibicach jak najlepsze emocje. Gdy byłem sportowcem, ścigając się, chciałem, by kibice doświadczali radości i dobrej energii, które mnie przepełniały. Teraz, jako organizator, robię wszystko, żeby ta dobra energia docierała do ludzi, a kolarstwo jest pod tym względem bardzo trudne. Wyścig kolarski to logistycznie karkołomne przedsięwzięcie. Wkładamy w nie wiele energii, przejeżdżamy większe i mniejsze miasteczka. Ludzie utożsamiają się z wyścigiem, są bardzo blisko tego kolarstwa. Kolarze z kolei są blisko ludzi. To jest fajne, bo kibice dziękują za emocje, za sukcesy, a gdy Polacy wygrywają, to jest istne szaleństwo (śmiech).

Kiedy się jedzie w wyścigu, to czuje się tę energię kibiców?

Tak, i to jeszcze jak, wszędzie biało-czerwone flagi. Kolarstwo to sport, który nie budzi agresji, i to jest piękne. To jest bardzo rodzinny, przyjazny sport. Mijamy transparenty, ludzi kibicujących Majce czy Kwiatkowskiemu, Polakom, biało-czerwone flagi, całe rodziny, dziadków z wnuczkami.

Jazda rowerem to, obok biegania, najchętniej uprawiany sport przez Polaków. Czy rower jest dla każdego i w każdym wieku?

Obserwuję, że mnóstwo ludzi jeździ na rowerach. Jeżdżą i użytkowo, i turystycznie, i tak sportowo jak ja. Gdy np. w weekend jadę nad Wisłą do Góry Kalwarii, mijam chyba z tysiąc osób na rowerach wyścigowych. Rower jest doskonałą formą ruchu, bo już bieganie, też przyjemne, jednak obciąża stawy, kolana itd., a rower nie. Rower zawsze sprawiał mi ogromną frajdę. Dlaczego? Dlatego, że jak masz ochotę, możesz sobie jechać, nie masz, to przestajesz kręcić, możemy sobie jechać razem, pogadać trochę, zatrzymać się, rozejrzeć się wokół. To świetny sposób na rekreację. Jeżeli chodzi o samą formę ruchu, to jazda na rowerze jest bardzo wartościowa dla organizmu, bo poprawia krążenie. Według badań duńskich naukowców jeżeli codziennie byśmy przejechali pięć kilometrów na rowerze w żwawym tempie, tak żeby tętno przyśpieszyło do poziomu między 140 a 150, poprawiamy swoje samopoczucie tak, jakbyśmy mieli pięć lat mniej i przedłużamy swoje życie o pięć lat. Ten sport bardzo poprawia krążenie. Często porównuję to do płynącej rzeki, która gdzieś tam w dolnym biegu ledwo płynie, natrafiając na mielizny, a kiedy się ruszamy, to tak jakbyśmy patrzyli na potok górski po jakiejś burzy, po jakimś deszczu, płynie wartko, wyrywa kamienie, ściąga wszystkie brudy. Tak samo się dzieje w organizmie. Jeżeli pobudzimy przepływ krwi, a wiadomo, jaka jest rola krwi, w jedną stronę może dostarczyć dobre produkty, a z powrotem zabrać toksyny, żyły robią się bardziej elastyczne, bardziej dotlenione, naczynka bardziej odżywione. Ruch pobudza cały ten układ, do tego wartościowe posiłki dostarczają witamin i minerałów, i dzięki temu czujemy się jeszcze lepiej.

Bo pan wciąż jeździ rowerem.

Po zakończeniu kariery przez trzydzieści lat praktycznie nic nie robiłem, jeżeli chodzi o aktywność fizyczną. Przytyłem. Ważyłem ponad dwadzieścia kilo więcej niż teraz i zacząłem mieć problemy ze zdrowiem. Przyplątała mi się choroba Ménière’a, czyli zawroty głowy, problem z błędnikiem. Odechciewa ci się żyć, pojawia się depresja. Później jeszcze przyszło migotanie przedsionków, choć zawsze miałem serce jak dzwon. Trafiłem dwa razy do szpitala, serce praktycznie nie funkcjonowało. Dały o sobie znać wrzody żołądka, borelioza, bez garści pigułek w ogóle nie mógłbym żyć. To ciągnęło mnie w dół. Dzięki żonie trafiłem do Instytutu Maxa Gersona w Meksyku. To lekarz, który sam miał problemy zdrowotne. Zmienił dietę ‒ odstawiając wszystkie produkty pochodzenia odzwierzęcego, zastąpił je warzywami, owocami itd. Zaczął czuć się lepiej, a kiedy wyzdrowiał, postanowił tą metodą leczyć swoich pacjentów. Nie wierzyłem, że to prawda, żona mnie prawie na siłę wyciągnęła do tego Meksyku. Byłem zły na początku, myślałem, że to strata czasu, pieniędzy.

Ale okazało się, że po tygodniu przestało mi się kręcić w głowie, po dziesięciu dniach serce wróciło do normy, zrzuciłem zbędne kilogramy, poprawił się cały metabolizm. W tej metodzie chodzi też o to, żeby tak odżywić organizm, aby go nie przeciążać zbędnymi rzeczami, by wzmocnić układ immunologiczny, żeby sam sobie regulował wiele funkcji. Jeśli mamy silny układ immunologiczny, nieobciążony śmieciami, które się zjada, po prostu jesteśmy w stanie dać sobie radę ze wszystkim. No i tak się stało. Po trzech tygodniach moje życie zmieniło się o 180 stopni. Wcześniej nigdy bym nie uwierzył, że nie będę jadł mięsa czy jajecznicy z boczkiem na śniadanie. Ale widząc, jak to się wszystko zmienia, wypracowałem zdrowe nawyki.

Kiedy byłem zawodnikiem, mówiono mi: jedz dużo mięsa, dlatego byłem ciekaw, czy po zmianie diety będę miał siłę. Okazało się, że miałem co najmniej o 30 proc. więcej siły i przejeżdżałem sobie 100–120 kilometrów bez żadnego problemu. Mogę codziennie z dużą prędkością pokonywać na rowerze te kilometry. Oczywiście robię to dla przyjemności, bo już nie muszę się ścigać, nie muszę nikomu niczego udowadniać. Byłem teraz w Grecji na Krecie. Są tam góry na tysiąc parę metrów, w ogóle się nie męczyłem podczas jazdy na rowerze, doganiałem na trasie młodych zawodników (śmiech). Cieszę się z tej jazdy jak małolat i czerpię z tego wielką radość, więc niemal codziennie śmigam na tym rowerze.

Jest pan w świetnej formie. Dieta i aktywność, do której pan wrócił, są zatem kluczowe?

Dają mi energię do pracy, umysł inaczej funkcjonuje, mam dużo siły i jestem w świetnej kondycji fizycznej.

Wspomniał pan o swoim gospodarstwie na Kaszubach, ekologicznych uprawach. Czy to efekt zmiany pana stylu żywienia?

Moje życie zatoczyło koło. Urodziłem się w Kołczygłowach, wyjechałem do Warszawy, później do Włoch, następnie wróciłem do Warszawy. Przypadkowo trafiłem na przetarg i kupiłem zrujnowany dworek w miejscu, gdzie się urodziłem. To chyba przeznaczenie. Obecnie tutaj mieszkam, ale prowadzę też wspomniany Eko Folwark, w którym uczymy naszych gości, jak zdrowo żyć, jak zmienić dietę i poprawić jakość swojego życia. Bardzo pokochałem to miejsce. Wiążę z nim swoją przyszłość. Będziemy rozbudowywać Eko Folwark, by dzielić się z ludźmi inną świadomością, innym podejściem do życia.

Najważniejsza jest prewencja. Lepiej zapobiegać, niż leczyć. Zmieniając sposób odżywiania się, budujemy silny układ immunologiczny, który będzie zabijał wirusy. Sam będzie się bronił przed chorobami. Od ośmiu lat nie byłem przeziębiony, nie miałem kataru. Dostrzegam niesamowity wpływ jedzenia na nasze zdrowie.

Wydaje mi się, że ludzie są coraz bardziej świadomi tego, o czym pan mówi.

W Polsce powstaje coraz więcej wegańskich restauracji. Ludzie szukają takich miejsc, ponieważ wolą zjeść mniej, ale zdrowo.

Na zakończenie naszej rozmowy chciałabym zapytać o plany na najbliższe lata.

Cały czas chcę rozwijać Tour de Pologne, tak aby nasz narodowy wyścig budził piękne emocje, żeby promował Polskę. Zależy mi także bardzo, aby wyścig Orlen Wyścig Narodów, który zorganizowaliśmy po raz pierwszy w tym roku, w którym ścigają się reprezentacje państw, gdzie wracamy do korzeni, do spontanicznego ścigania, stał się tak popularny jak Tour de Pologne. A w przyszłości być może zorganizujemy Tour de Pologne dla kobiet. Jeżeli chodzi o ekologię, zamierzam promować uprawy i przetwórstwo ekologiczne, żebyśmy mogli wprowadzać na rynek zdrowe produkty, które sam lubię i dzięki którym będę mógł innych nauczyć właściwej diety. Jest Eko Folwark, gdzie chciałbym dzielić się tym dobrem, które poznaliśmy. Jeżeli nie przyjedziesz, nie zobaczysz, to nie uwierzysz. Musisz przyjechać, dotknąć i poczuć.

Pan jest najlepszym przykładem na to, że to po prostu działa.

Dziękuję bardzo.

Myślę, że każdy sportowiec, czy mówi o tym, czy nie, jest patriotą.

Czesław Lang

Pobierz wydanie 09/2019

Zobacz również

Pozwólmy pracownikom być głosem firmy

Z Angeliką Chimkowską, strategiem social sellingu i silnych marek, rozmawiała Katarzyna Patalan

Aktywność antidotum na stres

Z Sylwią Karolak-Marcinkowską z Wydziału Społeczeństwa Informacyjnego Departamentu Cyfryzacji w Urzędzie Marszałkowskim Województwa Łódzkiego rozmawiała Katarzyna Patalan

Najważniejsza walka to walka o siebie

Z Agnieszką Rylik rozmawiał Rafał Mikołaj Krasucki

Ta strona wykorzystuje pliki cookies (niewielkie pliki tekstowe przechowywane przez przeglądarkę internetową na urządzeniu użytkownika) m.in. do analizy statystycznej ruchu, dopasowania wyglądu i treści strony do indywidualnych potrzeb użytkownika. Pozostawiając w ustawieniach przeglądarki włączoną obsługę plików cookies wyrażasz zgodę na ich użycie. Jeśli nie zgadzasz się na wykorzystanie plików cookies zmień ustawienia swojej przeglądarki. Więcej znajdziesz w Polityce Prywatności.