Motywują mnie inni ludzie

Z Anną Dymną rozmawia Jacek Babiel

Pani często mówi, że nie tylko pomaga, ale również pracuje. Jak to jest naprawdę z Anną Dymną?

Od 45 lat jestem aktorką. Dziesiąty rok prowadzę Fundację „Mimo Wszystko”. Jestem jej prezesem i wolontariuszem. Tu nie pracuję, po prostu pomagam. Fundacja zajmuje się ważnymi sprawami, dużo o nich publicznie mówimy i być może dlatego dominują inne moje

działania. Ale nadal gram w teatrze, uczę w PWST, prowadzę Salony Poezji. Nie zrezygnowałam z zawodu. Nadal jest on moją największą pasją i radością. Myślę, że dzięki niemu mam siły dotykać tych najtrudniejszych problemów ludzi chorych i niepełnosprawnych. I dziwne, że od tych ludzi nauczyłam się cieszyć małymi rzeczami i codziennie zachwycać życiem.

A może wielu ludzi nie widzi sensu swojego życia właśnie dlatego, że nie umie cieszyć się z tych mniejszych rzeczy?

Tak. Nie zdajemy sobie sprawy, ile mamy powodów do szczęścia i z ilu rzeczy możemy się cieszyć codziennie. Choćby z tego, że mamy ręce, że chodzimy, że widzimy ten piękny świat, że wschodzi słońce, że pada deszcz, że ktoś się do nas uśmiecha, że mruczy kot! Gdy byłam piękna, młoda, zdrowa, często narzekałam i nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak jestem szczęśliwa. Teraz już wiem.

Co panią motywuje na co dzień?

Zawsze motywują mnie inni ludzie. Mam szczęście, bo znam wielu wspaniałych, mądrych, dobrych i pięknych. Ale los też chciał, że pewnego dnia zaprzyjaźniłam się z ludźmi niepełnosprawnymi umysłowo, którzy często są odrzuceni przez rodzinę, społeczeństwo. Zaprzyjaźniłam się z nimi dzięki księdzu Tadeuszowi Isakiewiczowi-Zaleskiemu, prezesowi

Fundacji Brata Alberta. Fundacja ta prowadzi na terenie całej Polski wiele placówek terapeutycznych, a w Radwanowicach pod Krakowem – schronisko dla takich osób. Pewnego dnia znalazłam się wśród nich. Przeżyłam to bardzo. Znalazłam się na innej planecie. I już nigdy nie mogłam o nich zapomnieć. Zobaczyłam, jak oni bardzo potrzebują przyjaźni, bliskości drugiego człowieka. Poczułam też, że jestem im naprawdę potrzebna. Oni mi tak naprawdę przypomnieli, co jest w życiu najważniejsze. Niby to zawsze wiedziałam, ale biegnąc przez życie czasem zapominałam, że to wiem. Oni mi przypominają. Najważniejsze – być komuś potrzebnym, że ktoś ci ufa, że czeka na ciebie, myśli o tobie, że uśmiecha się, gdy cię wid I jakie to ważne, że dzięki tobie ktoś się uśmiecha, że możesz odmienić mu życie, że nie jest samotny. Jaką to daje siłę i radość. O tym przeważnie rozmawiam z moimi gośćmi w programie TVP2 „Spotkajmy się”. Choć walczą o życie, cierpią, upokarza ich i ogranicza kalectwo, to jednak najbardziej boli ich samotność, a miłość potrafi leczyć i oszukuje nawet śmierć.

Telewidzowie mają łatwiej, jak spotykają się z tą wizją, z tą rozmową pani i jak widzą panią, że mimo wszystko pani pomaga?

Mój program jest po to, aby oswoić trudne tematy. Długo się tego uczyłam. Na początku strasznie to przeżywałam, „umierałam” po każdym nagraniu. Teraz wiem, że muszę normalnie. Często to, co mówią, całkowicie mnie przerasta. Zdarza się, że – gdy wczuwam się w ich sytuację – po prostu „pękam”. Choć mi wstyd i to ponoć bardzo nieprofesjonalne.

Ale jestem zwykłym człowiekiem. Co mam udawać? Oni się nie gniewają. Wycierają moje łzy i gadamy dalej. Łzy się zresztą wycina. Oni potrzebują takiej normalnej rozmowy jak tlenu. Potrafią być radośni, szczęśliwi i często – choć nie zawsze to pojmuję – odnajdują w swoim cierpieniu ogromny sens.

Jak radzi sobie pani z czasem? Wielu z nas mówi o tym, że przydałoby się kolejne 24 godziny na dobę...

Z czasem sobie nie radzę, tak jakbym chciała. Często teatr zajmuje mi 10 godzin w ciągu dnia. Muszę dojechać, przyjechać, przygotować się. W fundacji praca wymaga 50 godzin. Muszę to wszystko dzielić, między wyjazdy, wywiady, studentów, występy publiczne, różne spotkania, konferencje. Dużo tego.

Czemu jest tak, że ludzie myślą, że, jak przyjedzie Anna Dymna, to jedną różdżką uda się wszystko naprawić, a sami nie zrobią czegoś?

Jestem zwyczajnym człowiekiem. Żeby komuś pomóc, muszę zdobyć pieniądze na tę pomoc, a one same nie przychodzą. Z odpisów 1 procenta podatników udaje mi się uzbierać tyle, że mogę prowadzić tylko główne projekty. Obecnie współdziałam z wieloma fundacjami, z którymi naprawdę można wiele rzeczy zrobić. W samotności ani w rywalizacji nic się nie zrobi. Trzeba mieć bardzo konkretne cele i trzeba się tych celów trzymać, ale przecież wszystkim się nie pomoże.

Czyli za mało jest takich osób jak pani, za mało jest ludzi, którzy pomagają?

Ludzie często w ogóle nie wiedzą do kogo się mają zwrócić o pomoc. Dzwonią więc do mnie, bo mnie znają ze „Znachora” – tylko trochę żartuję. I choć nie zajmę się każdym, ale mogę wskazać, kto powinien im tej pomocy udzielić, kto zajmuje się takim problemem.

To pomaganie to praca, ciężka praca.

To jest ciężka praca. Mam pracowników – połowa z nich pracuje w warsztatach terapeutycznych, ale muszę mieć księgowe, prawników, ludzi od pozyskiwania pozyskiwania pieniędzy, od korespondencji… i tysięcy innych spraw. Mam też sporą grupę wolontariuszy. Jestem ich „dymną matką”! Są i starzy, i młodzi… i jest ich coraz więcej. Mają zapał, radość… trzeba ich tylko trochę przeszkolić, przydzielić zadania i stają się skarbem.

Co ma się zmienić, żeby było łatwiej?

Może nie szybciej, ale łatwiej. Najważniejsze, że zmienia się świadomość.To znaczy, że ludzie wiedzą, żenie żyją sami i obok nich są inni, którymtrzeba pomóc. Naprawdę nie jest źle, coprawda teraz jest straszny czas, bo słowo„kryzys” jest takim wytrychem, kluczem do wszystkiego.

Usprawiedliwieniem?

Może tak! Ale nic na siłę. Jest wielu takich, którzy chcą pomóc.

Nie wiedzą, jak to zrobić?

Jak nie wiedzą, a chcą, to na pewno się dowiedzą. A pomagać można w różny sposób. Ważne są pieniądze oczywiście, ale często nieocenioną pomocą jest rada, wsparcie duchowe, obecność. Współpracuję z wieloma fundacjami. Przyjaźń z Jurkiem Owsiakiem, Janeczką Ochojską, Ewą Błaszczyk są dla mnie bardzo ważne. Moja fundacja organizuje co roku koncert, który nazywa się „Razem mimo wszystko”. Poświęcam go innym fundacjom, tym mniejszym, młodszym, które nie mają szansy dostać się do mediów. Nagłaśniam ich problemy, działania. Przede wszystkim zadajemy kłam temu, że fundacje się nienawidzą i że ze sobą rywalizują. Gdy jesteśmy razem jest nam trochę łatwiej walczyć o naszych podopiecznych. A łatwo nie jest. Niestety, im więcej udaje się nam pomagać, tym bardziej zdaję sobie sprawę z tego, ile osób potrzebuje pomocy.

Powiedziała pani, że mogłaby być jużna emeryturze. A dyskusja była jakiśczas temu o tym, aby przedłużyć wiekemerytalny, wiele osób sprzeciwiło siętemu.

Ja chcę pracować do śmierci. Jestem tak skonstruowana. Praca to moja radość i życie. Mam 61 lat, zdrowie nie to co kiedyś i wszystkie rozkosze przemijania mnie dotykają, ale zupełnie absurdalnie każdego dnia zdaje mi się, że przede mną całe życie i tysiące rzeczy do zrobienia.

Czy rosną następcy Anny Dymnej, zarówno na scenie, jak i... Właśnie, co będzie jak nie będzie takich osób jak pani?

Co za wizja, zawsze są takie osoby! Poza tym ja nie jestem nikim nadzwyczajnym.

Chce pani powiedzieć, że każdy może pomagać innym?

Oczywiście, że tak.

To dlaczego nie każdy pomaga?

Ludzie różnie do tego dojrzewają. Dlatego nic na siłę. Samo się pojawia. Znam takich ludzi, którzy mają 10, 12 lat i już są wolontariuszami, pomagają innym. Na pytanie: „Dlaczego to robisz?”, odpowiadają: „Jak to dlaczego, przecież mnie potrzebują!”. Są też tacy ludzie, którzy dojrzewają do tego później, zakładają rodziny, mają dom, auto, pracę i pewnego dnia czują, że czegoś im brakuje. I odnajdują radość w pomaganiu właśnie.

Jeżeli znana aktorka powie w telewizji, że warto pomagać, to zwykły odbiorca pomyśli, że skoro powiedziała to taka czy inna aktorka, to znaczy, że warto pomagać.

Samo mówienie nie działa. Trzeba jeszcze robić. A na to nagłaśnianie działania ludzie różnie reagują. Wolałabym nie mówić o tym, co robię, ale przecież muszę. Korzystam ze społecznych pieniędzy. Ludzie mi ufają , dają 1 procent podatku. Muszą wiedzieć dokładnie, na co wydaję ich pieniądze, komu pomagam. To mój obowiązek i nie może być inaczej. Muszę być krystalicznie czysta i przejrzysta. Każdego dnia ciężko pracuję ze swoimi przyjaciółmi na wiarygodność i zaufanie ludzi. Bez niego nie zrobimy przecież nic. I to zaufanie i życzliwość ludzi jest najważniejsza! Nie da się nawet za to podziękować! Ale DZIĘKUJĘ!!!

Dziękuję za rozmowę.

Najważniejsze w moich opowieściach są relacje między ludźmi!

Tomek Michniewicz

Pobierz wydanie 10/2019

Zobacz również

Jeżeli zadbamy o człowieka, człowiek zadba o biznes

Z Beatą Kapcewicz, doradcą zarządów, trenerem liderów i trenerów, rozmawiała Katarzyna Patalan

W podróżowaniu najważniejsze jest mieć gdzie wracać

Z Tomkiem Michniewiczem rozmawiał Rafał Mikołaj Krasucki

Pracownicy lubią mieć wybór

Z dr n. hum. Joanną Biegalską, kierowniczką Sekcji ds. Socjalnych Działu Kadr i Płac Uniwersytetu Medycznego w Lublinie rozmawiała Katarzyna Patalan

Ta strona wykorzystuje pliki cookies (niewielkie pliki tekstowe przechowywane przez przeglądarkę internetową na urządzeniu użytkownika) m.in. do analizy statystycznej ruchu, dopasowania wyglądu i treści strony do indywidualnych potrzeb użytkownika. Pozostawiając w ustawieniach przeglądarki włączoną obsługę plików cookies wyrażasz zgodę na ich użycie. Jeśli nie zgadzasz się na wykorzystanie plików cookies zmień ustawienia swojej przeglądarki. Więcej znajdziesz w Polityce Prywatności.