Miarą szefa kuchni jest jego zespół

Z Karolem Okrasą rozmawiała Katarzyna Patalan

Fot. Michał Mutor / Agencja Gazeta

Bez wątpienia jest pan ambasadorem polskiej kuchni, a dokładniej – kuchni regionalnej. O produktach regionalnych mówi pan – produkty przyszłości. W czym tkwi ich potencjał?

Wydaje mi się, że nasza świadomość kulinarna jest już na tyle duża, że wiemy, iż z dostępnością jakichkolwiek produktów z całego świata nie ma najmniejszego problemu, natomiast coraz trudniej jest nam zdobyć artykuły, które były powszechne kiedyś. Mam na myśli produkty, które były wytwarzane przez babcie, mamy, dziadków, stryjków, były one tuż za miedzą i nikt nie przywiązywał do tej kwestii większej wagi. Dzisiaj ta jubilerska, ręczna robota, w przypadku produktów niewytwarzanych na skalę przemysłową, to wartość dodana, która jest bezcenna. Świadomość tego powoduje, że tych produktów szukamy.

Drugą cechą, która te artykuły wyróżnia, jest ich unikalność – nie tylko na skalę polską, lecz także ogólnoświatową, bo jeżeli mówimy o polskich wędlinach, o polskich konfiturach, domowych przetworach, serach wyrabianych lokalnie – mamy na myśli rarytasy, których, na szczęście, nie da się jeszcze wytworzyć przemysłowo. Choć na świecie mamy mnóstwo serów, to takich, jakie są u nas, nie znajdziemy w innych rejonach świata. Zatem unikalność lokalnych produktów jest kwestią nadrzędną, która je wyróżnia.

Jakość jest gwarantem unikalnego smaku?

To zawsze się przekłada na smak, chociaż ten smak jest zagadnieniem, na temat którego nie należy specjalnie dyskutować, jest sprawą indywidualną, bo one smakują, tak jak smakują. Nie wszystkim, nie zawsze, ale na pewno są charakterystyczne.

Pochodzi pan z Białej Podlaskiej, nasza redakcja mieści się w Łomży – czy smaki Podlasia wciąż są obecne w pana kuchni?

Kuchnia podlaska jest mi bliska, staram się ją promować w programie. Wybieramy się znowu na Podlasie z programem, bo też tygiel kulturowy na Podlasiu powoduje, że tutejsza kuchnia jest różnorodna i co za tym idzie – fantastyczna. Niewiele wiemy o prawdziwej podlaskiej kuchni. Przeplatają się w niej wpływy różnych tradycji: i kuchnia tatarska, i litewska, i podlaska, i kuchnia żydowska, i to często w swej naturalnej, niezmienionej formie.

Z sentymentem podchodzę do wszelkich ziemniaczanych uciech, które pojawiają się na stole, od kartaczy, czyli cepelinów, po wszelkiego rodzaju kluski, pierogi i inne ciekawe potrawy, jak choćby słynne tatarskie kibiny, jako wersja pierogów, ale pieczonych, które zakorzeniły się w naszej tradycji i są uznawane za polskie.

Tak jak wspomniałam, promuje pan polską kuchnię, która większości kojarzy się z ciężkimi i tłustymi daniami. Można ją trochę odchudzić?

To jest tak, jakbyśmy chcieli ferrari przerobić na samochód terenowy, żeby się wygodniej jeździło po polu. Pewnie można to zrobić, pytanie tylko: po co? Z kuchnią polską, tą tradycyjną, jest dokładnie tak samo. Chociaż na co dzień w programie zajmuję się łamaniem przepisów i staram się pokazać je w innym świetle, to wcale nie chodzi mi o to, żeby tę kuchnię diametralnie zmieniać, na siłę dopasowywać do dzisiaj obowiązujących norm. Chcę tę kuchnię pokazać w jej pięknej formie, w jej niepowtarzalnym kolorze. Na ten kolor składają się aromaty, na ten kolor składa się jej tłustość, tak charakterystyczna dla Podlasia. Ja nie chcę z tego rezygnować, bo to tak, jakbym chciał z pięknego obrazu Vittore Carpaccio zdjąć raptem czerwony kolor, który on uwielbiał, i zmienić go na niebieski, bo dzisiaj jest niebieski w modzie, a nie czerwony. To nie będzie ten sam obraz.

Odpowiadając na pytanie, czy tę kuchnię można odchudzić – można, tylko że to już nie będzie ta sama kuchnia, to nie będą te same potrawy, to nie będą te smaki dzieciństwa, które pamiętają nasze babcie, które jeszcze nasze pokolenie pamięta. Wydaje mi się, że nie warto z tego rezygnować, bo czym byłaby historia, jeżeli zaczęlibyśmy przemieniać ją na dzisiejszą modłę, bo nam tak lepiej pasuje. Historia jest historią. Tradycja jest tradycją. Tradycyjna potrawa niech zostanie tradycyjna. Byłbym daleki od tego, żeby tę kuchnię dzisiaj odchudzać, zmieniać. Nie chcę tego robić, bo za bardzo za nią tęsknię. Myślę, że wiele osób powinno te smaki poznać, a dopiero później coś zmieniać. Ci, którzy mogą i chcą, bo też nie będziemy nikogo do tego zmuszać.

Od dłuższego czasu promuje się zdrowe odżywianie, zdrową kuchnię. Zdrowa – czyli według pana jaka?

Szukając receptury na zdrową kuchnię, możemy nawiązać do naszych tradycji – przede wszystkim powinniśmy się skupić na tym, co było kiedyś fundamentem tradycyjnej polskiej kuchni, niezależnie od regionu. To była sezonowość. Sezonowość jest wpisana w kanon tego, co się znajduje na stole, w obrzędowość, która wyznaczała charakter tej kuchni. Dni postne, które były bardzo ważne w naszej kulturze. Przestrzeganie postu. Kiedyś ponad połowa dni w roku była dniami postnymi. Tego postu przestrzegano. To powodowało, że przyzwoicie się odżywialiśmy. Zdrowo. Umiar w jedzeniu, prowokowany przez kalendarz liturgiczny, sprawiał, że jedliśmy mniej, jedliśmy różnorodnie, bo wyrzekaliśmy się mięsa, bardzo często masła, nabiału na rzecz produktów roślinnych, strączkowych, kasz, warzyw. To było kiedyś.

Ten sposób żywienia był bardzo zdrowy, bo wpasowany w sezonowość. Jedzono to, co było akurat dostępne, co było do ubicia, do wyrwania z ziemi, do znalezienia w lesie, w spiżarni. Dawniej kuchnia wyglądała zupełnie inaczej niż dzisiaj. Współczesny dobrobyt powoduje, że mniej zwracamy uwagę na to, co powinniśmy jeść, i być może stąd wynikają błędy żywieniowe, które dzisiaj powszechnie popełniamy, bo jest nam łatwo je popełniać. Wtedy paradoksalnie było nam trudniej popełniać błędy żywieniowe i pomimo tego, że było biedniej, żyliśmy zdrowiej.

Zatem kiedy dostępność produktów była mniejsza – odżywialiśmy się zdrowiej?

Tak. Dobrobyt dzisiaj jest dla nas zbawieniem, ale jednocześnie jest przekleństwem. Z drugiej strony sprawia to, że wzrasta nasza świadomość kulinarna, coraz częściej zwracamy uwagę na to, co jemy, kiedy jemy i jak jemy. Jest moda na zdrowszy styl życia, który powinien być poparty również aktywnością fizyczną.

Zawsze wydawało mi się, że kucharz to osoba, która z pewnością wszystkiego posmakuje. To było błędne myślenie – bo pan stwierdził, że nie spróbowałby na przykład koniny. Dlaczego?

W przypadku koniny sprawa jest dosyć prosta do wytłumaczenia – przemawia przeze mnie hipokryzja. Jestem fanatykiem mięsa i zawsze się do tego przyznaję. Uwielbiam mięso, uwielbiam wąchać, dotykać, jeść surowe, im bardziej, tym lepiej. Swego czasu jeździłem dosyć dużo konno, kocham konie, no i koniny nie zjem, chociaż mam świadomość, że to jest kawałek mięsa, który we Włoszech uchodzi za taką samą klasykę, jak u nas wołowina. Każdy ma jakieś przekonania, ja mam takie i nawet z tym nie walczę. Świadomie koniny nie zjem, bo kocham konie.

Tylko koniny?

Szanuję pewne tradycje kulturowe, które są obce naszej kulturze. Mam psa i gdybym pojechał do Wietnamu, za nic nie zjem mięsa z psa, bo uważam, że nie potrzebuję tego, żeby się dowartościować. Nie lubię jeść potraw, które mają szokować. Nie sprawi mi frajdy to, że zjem szarańczę, robaka, karalucha czy dżdżownicę, nie lubię jeść takich wynalazków, jeżeli nie muszę. Zakładam, że jeśli byłbym na bezludnej wyspie i głód by mnie do tego zmusił, pewnie zjadłbym i larwę, którą bym znalazł. Nie byłoby z tym żadnego problemu. Nie lubię szokować ludzi tym, że zjem coś, co budzi sensację. Wydaje mi się, że matka natura dała nam tyle możliwości do smakowania tego świata i tak wiele różnorodnych produktów, że jeżeli nie musimy, to nawet chyba nie powinniśmy tego robić.

W pańskiej rodzinie od zawsze dużo się gotowało. Biesiadowanie i wspólna celebracja posiłków były ważne. Dziś jest pan bardzo zajętym człowiekiem – znajduje pan na to czas?

Staramy się jeść wspólnie, przy jednym stole. Wspólnie jadamy śniadania. Stół jest ważnym elementem w każdym domu. Nie było kiedyś domu bez stołu, przy którym siadano i jadano obiad. Jeżeli tylko jestem w domu, do każdego posiłku siadamy przy wspólnym stole. Tak zostałem wychowany i tak chciałbym wychować swoją córkę. To jest moment, kiedy mamy czas dla siebie. Dorastałem w PGR-ze. Rodzicom nie było łatwo wychowywać całej naszej trójki. Brakowało produktów, ale ja nigdy tego nie odczułem. I zawsze sobie ceniłem wspólne posiłki przy jednym stole. Na niedzielny obiad mama robiła trzy dania – pamiętam, że to było wydarzenie.

W jednym z wywiadów stwierdził pan, że „kucharz to człowiek, który wie, a nie tylko potrafi” – mógłby pan rozwinąć tę myśl?

Obecnie jesteśmy na takim etapie, że kucharze nie tylko powinni potrafić coś zrobić, usmażyć, ugotować, znać przepis. To jest taka oczywista oczywistość – cytując klasyka. Kucharz powinien wiedzieć dużo więcej, niż wiedzą goście, dlatego też edukacja w sferze nie tylko samego gotowania, lecz także kultury w kuchni, ta antropologia, którą powinniśmy zgłębiać, jest fundamentem dzisiejszej egzystencji. Żeby dobrze gotować, musimy wiedzieć. Musimy się tego nauczyć. Ale nie chodzi o nauczenie się przepisu, musimy sięgać głębiej. Szukać informacji o produktach, o zwyczajach kulinarnych, dlaczego akurat w ten, a nie inny sposób konserwowano żywność: przez wędzenie, solenie, suszenie. Skąd w polskiej kuchni wzięły się wędliny, octy, skąd zamiłowanie do wieprzowiny, która kiedyś była produktem pogardzanym? Musimy się edukować, jeśli chodzi o kulturę kuchni i obyczaje, bo to jest punkt wyjścia do dobrego, świadomego gotowania, zwłaszcza w odniesieniu do kuchni regionalnej. Bo też co to jest kuchnia regionalna? Żurek nie występuje pod jedną postacią, każdy region ma swoją postać żurku, łącznie z tym, że pierwotnie żur był potrawą jarską, postną.

Zawód kucharza możemy zatem włączyć do grupy zawodów, w których nie można dojść do pewnego etapu, powiedzieć sobie – okay, świetnie gotuję, mam dobrze prosperującą restaurację i teraz już mogę przestać się uczyć, mogę już tylko odcinać kupony. W chwili kiedy coś takiego powiemy, należy zamykać restaurację. Zawód kucharza nie ma ograniczeń wiekowych. I na szczęście to jest zawód, w którym człowiek musi się uczyć każdego dnia. Kuchnia się dzisiaj rozwija w takim tempie, że każdy stracony dzień, tydzień, miesiąc na wagary od nauki już jest nie do nadrobienia. Później nam będzie bardzo ciężko. Ktoś, kto chce być na topie, chce się utrzymywać z gotowania, musi się uczyć. Jeszcze raz podkreślam – na szczęście. Dlatego ten zawód jest taki piękny. Ponieważ niezależnie od tego, ile mam lat, mogę go uprawiać do końca życia, i do końca życia mogę się czegoś nowego nauczyć, a o to przecież chodzi, żeby się czymś nie znudzić.

Czy według pana gotowania można się nauczyć – czy trzeba mieć tę „iskrę bożą”?

Wydaje mi się, że gotowania potrafię nauczyć każdego, nawet osobę, która powie, że się nie da tego nauczyć albo że się nie chce nauczyć, bo nie lubi gotować. Nie nauczę jej kochać gotowania i to jest chyba największa trudność. Więc trzeba się urodzić z tą miłością – albo tę miłość gdzieś w sobie odnaleźć, żeby pokochać ten zawód. Natomiast nauczyć się gotować można. Zawsze mówię, że w kuchni potrzebne są dwa podmioty, kolokwialnie rzecz ujmując, rzemieślnicy i artyści. Każdy artysta musi być dobrym rzemieślnikiem, ale nie każdy rzemieślnik musi być artystą. Wystarczy, że będzie coś po prostu dobrze robił i czerpał z tego przyjemność. Nie wolno być artystą bez dobrego rzemiosła. To jest podstawa w tym zawodzie.

„Dobry szef kuchni... może spokojnie iść na urlop, wiedząc, że w restauracji wszystko będzie w porządku, bo dobrze zorganizował zespół” – to pana słowa. Jak panu udało się zgromadzić wokół siebie ludzi, dzięki którym może pan spokojnie iść na urlop?

To była długa droga i to nie jest takie oczywiste i takie proste. Żaden biznes się sam nie kręci. Nie ma takich biznesów, które będą same prosperowały. Jeżeli chcemy działać w biznesie, musimy w tym biznesie być. Poza fascynacją gotowaniem, która we mnie drzemie, zdaję sobie sprawę, że to jest praca – a największym wyzwaniem jest zarządzanie ludźmi.

Radzę sobie z tym, bo człowiek, który decyduje się na otwarcie swojego biznesu, musi wierzyć w to, co robi, bo jak wierzy, to będzie przykładem dla innych. Powinien być wzorem dla tych ludzi, bo nie da się ludzi nauczyć czegoś, w co się samemu nie wierzy. To się nie uda. Oni to szybko wybadają i biznes szybko upadnie. Jeśli jesteśmy przekonani do tego, co robimy, wtedy się maksymalnie angażujemy. Zawsze podkreślam, że miarą szefa kuchni – nie kucharza, ale szefa kuchni, bo nie każdy kucharz tym szefem kuchni powinien zostać – nie jest to, jak on dobrze gotuje, bo on musi dobrze gotować, ale to, czy on ma za sobą zespół co najmniej tak dobry jak on. Jeżeli szef kuchni ma taki zespół, to znaczy, że jest dobrym menedżerem, jest dobrym szefem kuchni. Musi tych ludzi nauczyć, musi nimi zarządzać, motywować ich, wynagradzać, dbać o nich. Miałem szczęście pracować z ludźmi, którzy wierzyli w to, co robię, i którzy, tak jak ja, traktowali swoją pracę poważnie, odpowiedzialnie. Staram się tego uczyć swoich współpracowników. Nasza praca wymaga wielu poświęceń, jak chyba każda. Jeśli człowiek chce coś osiągnąć w danej dziedzinie, musi ciężko na to pracować.

Na co zwraca pan uwagę, zatrudniając nowych kucharzy? Co jest ważniejsze w kuchni: umiejętności czy cechy charakteru?

Bardzo często zatrudniam młodych ludzi. Każdego potrafię nauczyć gotować, dlatego wyszedłem z założenia, że młodego człowieka jest bardzo łatwo ulepić, wykształcić, jeżeli tylko ma odpowiednie cechy charakteru. Zwracam uwagę na to, czy wierzy w moje ideały, czy wierzy w to, co robi, ma określony cel w życiu, chce coś osiągnąć w tym zawodzie. Jeżeli jest gotowy na poświęcenie, jeżeli jest gotowy na naukę, jeżeli jest gotowy na pewne wyrzeczenia, to jest zawsze mile widziany.

Jest pan bardzo znany. Co dziś by pan poradził początkującym kucharzom?

To samo, co zawsze mówię młodym ludziom, kiedy jeżdżę do szkół i z nimi rozmawiam. Młodzi ludzie powinni w siebie inwestować. Tylko żebyśmy dobrze zrozumieli – jedyną opłacalną dzisiaj inwestycją jest inwestycja w siebie. I ta inwestycja powinna trwać co najmniej kilka lat. Przestrzegałbym młodych ludzi przed tym, żeby desperacko szukali szybkiego wzbogacenia się, łatwego zarobku. Ten zawód owocuje dobrą pensją, dobrym stanowiskiem, ale w dłuższej perspektywie. Jeżeli dobrze się przygotujemy do dorosłego kulinarnego życia, bardzo łatwo nam będzie znaleźć odpowiednią pracę za odpowiednie pieniądze. Jeżeli źle zainwestujemy w siebie i nie będziemy pracować z pasją, to oczywiście, że coś znajdziemy, ale na pewno się nie utrzymamy w takim zawodzie, nasz partner w biznesie szybko zorientuje się, że nie o to chodzi. Okres nauki i inwestycji w siebie trwa około dziesięciu lat. Jeżeli młody człowiek kończy szkołę, powinien już zacząć oczekiwać wymiernych efektów tej inwestycji.

Bardzo często zachęcam, żeby młodzi ludzie szukali wzorów do naśladowania, szukali swojego mistrza, kogoś, kto ich będzie inspirował, kto nie tylko nauczy ich, jak gotować, ale też jak w tym zawodzie się odnaleźć, jak odnaleźć się w zespole. Indywidualiści mają bardzo ciężko, praca w kuchni to praca zespołowa, dobra restauracja to wynik pracy wielu osób, a nie tylko szefa kuchni. Przestrzegałbym też przed częstym zmienianiem pracy, bo wtedy człowiek nie uczy się życia w zespole. Bardzo łatwo jest przeskakiwać na coraz szybszą łódź, bo jest przyjemniej, bo jest szybciej, bo jest ekskluzywniej, ale znacznie trudniej jest tę łódź dopasować do warunków, które panują dookoła. Jeśli znajdziemy klientów, którzy wsiądą na tę łódź razem z nami, wtedy pokazujemy prawdziwą wartość swojej pracy.

Wspomniał pan o roli mistrzów. Kto był dla pana takim kulinarnym mistrzem?

Jednym z moich mistrzów jest człowiek, który tak naprawdę nigdy mnie nie uczył gotowania, ja byłem zbyt młody, żeby on mnie uczył i żeby w ogóle zwrócił na mnie uwagę, aczkolwiek okazało się, że mnie zauważył, kiedy przyjmował mnie do pracy w Bristolu. To był moment zwrotny w mojej karierze. Do dzisiaj mam książkę, którą mi podarował, a jego dedykacja bardzo często dodaje mi energii i sił. Tym człowiekiem jest Bernard Lussiana, ówczesny szef kuchni w Hotelu Bristol, Francuz, znakomity fachowiec. Jego uczniem – i drugim z moich mistrzów – jest Paweł Oszczyk, który jest przykładem tego, jak należy postępować w tym zawodzie, aby nie zatracić kreatywności, aby nie być tylko dobrym kucharzem, lecz także dobrym człowiekiem.

Był pan najmłodszym szefem kuchni w historii warszawskiego Hotelu Bristol. To było dla pana duże wyzwanie?

Tak się zdarzyło. Wspominałem, że młody człowiek powinien inwestować w siebie i długo się doskonalić, a ja zostałem szefem kuchni, mając chyba dwadzieścia sześć lat. I to było pewnie o kilka lat za wcześnie… Poprosił mnie o to mój szef, który odchodził z pracy. Mówiłem mu o swoich obawach, a on mi zasugerował, że nigdy nie będę pewny, czy się nadaję na stanowisko szefa kuchni, jeżeli nie spróbuję. A jak mi się noga powinie, lepiej, żeby stało się to tutaj, niż gdzie indziej. Dlatego się zdecydowałem przyjąć jego propozycję. Przez długi czas byłem tam szefem restauracji, nie szefem kuchni, więc miałem już wyszkolony zespół. Wiedziałem, że na poziomie restauracji mam wszystko pod kontrolą, więc łatwiej mi było wejść na nieco wyższy poziom i zająć się zupełnie inną dziedziną, czyli byciem szefem kuchni. Chodzenie na spotkania, odpisywanie na maile, wykonywanie papierkowej roboty, liczenie różnych rzeczy, a najmniej gotowania – dlatego zrezygnowałem po półtora roku, bo mi się to nie podobało. Wolałem gotować i wrócić do poprzedniej funkcji, u podstaw rozwijać to swoje rzemiosło, bo byłem dosyć młodym człowiekiem, aniżeli od razu przeskoczyć na poziom, który od tego gotowania mnie odsuwał. Miałem swój zespół, który mnie doskonale rozumiał i na którym mogłem polegać. Niewiele się zmieniło w organizacji pracy poza tym, że dostałem nowe narzędzia do nauki i mogłem się uczyć, co dzisiaj owocuje.

Pana praca to głównie gotowanie, smakowanie, a ma pan nienaganną sylwetkę. Muszę zapytać, jak pan to robi?

Kuchnia jest elementem stylu życia, w który wplecionych jest kilka innych elementów, dlatego też przestrzegam przed mówieniem o kuchni fit, bo to nie fit kuchnia, tylko fit styl życia. I wtedy jest dużo wiarygodniej.

Ponieważ styl życia to jest kuchnia, to, co robimy przed posiłkiem, po posiłku, a nawet w trakcie posiłku i jak go przygotowujemy. Wszystko ma znaczenie. Trzeba pamiętać o tym, że nawet jeżeli ktoś jest chudy i będzie jadł samą sałatę, i będzie leżał na kanapie przed telewizorem z pilotem w ręku, to wcale nie znaczy, że on będzie zdrowy, chociaż teoretycznie będzie wyglądał na zdrowego. Za mocno poszliśmy w stronę fit i chcemy wszystko odchudzić, niestety. A mnie się marzy, żeby jedzenie sprawiało nam przyjemność.

Wracając do mojej sylwetki, ona jest efektem stylu życia i sporej dawki aktywności, czyli sportu. Kiedy tylko mam czas, uprawiam sport. Nałogowo jeżdżę rowerem, nałogowo biegam, nałogowo pływam. Lubię się tak zmęczyć. To jest dla mnie odpoczynek od tego, co robię przez cały dzień. Nic więcej. Najprostsza rzecz – bilans energetyczny. Tyle ile zjem, tyle muszę wypocić. Skończyłem dietetykę i mógłbym to rozpisać na czynniki pierwsze, tylko że nie chce mi się, bo wtedy zaczynam tracić przyjemność z tego, co robię. Ja dalej chcę jeść to, co lubię, tylko wiem, co muszę zrobić, jak to zjem.

Która z tych aktywności, o których pan wspomniał, jest panu najbliższa, najbardziej pana relaksuje, znajduje pan na nią najwięcej czasu?

Zdecydowanie rower. Jestem zafascynowany rowerem. Kolega Radosław Jagielski, były Mistrz Polski Juniorów, wraz ze swoim tatusiem zaszczepili we mnie miłość do jazdy na rowerze. Odnalazłem coś, co mi absolutnie sprawia przyjemność. Tym bardziej że na rowerze można zwiedzać Polskę.

Swoje dziewczyny też pan zaraził pasją do rowerów. Jeździcie razem, rodzinnie, czy woli pan w pojedynkę?

Dziewczyny nie nadążają za moim wariactwem. Jeden z kolegów często mi powtarza, że ta ambicja mnie kiedyś zabije – i pewnie ma rację. Jak już siadam na rower, jeżdżę do upadłego, a dziewczyny tego tempa nie wytrzymują. Są momenty, kiedy jeździmy razem. One jeżdżą amatorsko, a ja na granicy wyczynowej jazdy, choć wiarygodniej brzmi wytrzymałościowej.

Jakie ma pan plany, marzenia na najbliższe miesiące?

O tych marzeniach staram się nie mówić, bo choć realistycznie podchodzę do życia, nie lubię zapeszać, a też nie lubię mówić o rzeczach, które się nie wydarzyły, bo to takie wróżenie z fusów. Po drodze jest jeszcze wiele elementów, które mogą wpłynąć na realizację danego pomysłu. Na pewno chciałbym, by nie dopadła mnie rutyna. Jeżeli zaczynamy wierzyć, że już wszystko osiągnęliśmy i wszystko zrobiliśmy, powinniśmy się zmobilizować do podejmowania nowych wyzwań, by ustrzec się pułapki rutyny. Staram się wierzyć, że pomimo tego, że udało mi się wiele osiągnąć, to stało się tak dzięki pomocy innych osób, że to nie jest tylko mój sukces.

Mój sukces nie jest moim sukcesem, to jest sukces wyłącznie mojej żony, która akceptuje mnie takiego, jakim jestem, bo ze mną nie jest łatwo żyć. Mnie ciągle nie ma w domu. Ja się świetnie bawię, robiąc to, co lubię. Jej poświęceniu i determinacji zawdzięczamy to, że nasze życie trzyma się pewnych ram. Dom rodzinny jest istotnym elementem mojego życia, mam dokąd wracać – to jest jej sukces. Bo ona musiała też wiele poświęcić.

Proszę pamiętać, że za każdą osobą, która osiąga sukces, stoi inna, która zdobyła się na ogrom wyrzeczeń. Musiała wiele poświęcić, żeby jej frontman był tam, gdzie jest. I u mnie takimi osobami są Monia i Lenka, i cała moja dalsza rodzina.

Dziękuję. To bardzo dobra puenta…

Zawsze mówiłam, że możesz wszystko, tylko przestań się bać.

Agnieszka Rylik

Pobierz wydanie 07-08/2019

Zobacz również

Aktywność antidotum na stres

Z Sylwią Karolak-Marcinkowską z Wydziału Społeczeństwa Informacyjnego Departamentu Cyfryzacji w Urzędzie Marszałkowskim Województwa Łódzkiego rozmawiała Katarzyna Patalan

Najważniejsza walka to walka o siebie

Z Agnieszką Rylik rozmawiał Rafał Mikołaj Krasucki

Każdy pracownik potrzebuje odskoczni

Z Teresą Wiertek, ekspertem ds. socjalnych w Śląskim Urzędzie Wojewódzkim, rozmawiała Katarzyna Patalan

Ta strona wykorzystuje pliki cookies (niewielkie pliki tekstowe przechowywane przez przeglądarkę internetową na urządzeniu użytkownika) m.in. do analizy statystycznej ruchu, dopasowania wyglądu i treści strony do indywidualnych potrzeb użytkownika. Pozostawiając w ustawieniach przeglądarki włączoną obsługę plików cookies wyrażasz zgodę na ich użycie. Jeśli nie zgadzasz się na wykorzystanie plików cookies zmień ustawienia swojej przeglądarki. Więcej znajdziesz w Polityce Prywatności.