Liczy się droga – nie tylko cel

W jednym z komentarzy do zdjęć zamieszczonych w ostatniej pańskiej książce znalazłem takie hasło, że liczy się droga, a nie cel. Kiedy spotykam się z ludźmi i rozmawiam o motywowaniu, sprzedawcy mówią, że cel jest najważniejszy.

To zależy od projektu. Generalnie droga jest najważniejsza, myślę, że nawet w sprzedaży. Jeżeli cel osiągamy nieetycznie, podając nieprawdziwe informacje czy manipulując, to gdzieś tam, na pewnym etapie życia, możemy poczuć się rozczarowani tym celem. Wydaje mi się, że to, co prawdziwe, wraca kiedyś do człowieka. Cel można osiągać na dobrej drodze. W tym sensie droga jest najważniejsza, a cel nie uświęca środków. Gdybym zdobył bieguny, okłamując ludzi, że byłem na biegunie, to cel bym osiągnął, ale nie wiem, jak bym z tym żył. Nie wiem, czy kłamstwo nie wracałoby do mnie i w końcu sam bym o tym nie opowiedział. Podam inny przykład: kiedy byłem studentem, postanowiłem opłynąć dookoła świat. Zaczęliśmy z kolegą remontować jacht (Carter-30). To była taka odyseja – przebudowa tego jachtu. Najpierw wyrzucono nas z hangaru, w którym go budowaliśmy. Pozbycie się nas miało konkretny podtekst. Zadzwonił do mnie człowiek, który się przedstawił jako opiekun polskich żeglarzy ze Służb Bezpieczeństwa, kapitan Dubiel. Zaprosił mnie do siedziby bezpieki na rozmowę. Odpowiedziałem, że jeżeli ma do mnie jakąś sprawę, to niech przyjdzie do klubu. Dzwonił jeszcze parę razy, straszył, że ten jacht nigdy nie wypłynie z Polski. I rzeczywiście niedługo później wyrzucono nas z klubu, byliśmy najprawdopodobniej inwigilowani przez ludzi, którzy podawali się za naszych przyjaciół. Pół roku później, kiedy mieliśmy już zbudowany jacht i udało się nam go zwodować, zdałem sobie sprawę, że ten jacht nie wypłynie z Gdańska, ale miałem nadzieję, że wypłynie z Kostrzyna i że popłynę nim kanałami nad Morze Śródziemne, skąd rozpocząłbym swój rejs. Ale okazało się, że gdy nocą przewiozłem swój jacht przyczepą niskopodwoziową do Kostrzyna, to tam ktoś, kto był w tym miejscu odpowiednikiem kapitana z SB, zadzwonił do portu macierzystego Gdańska – i oczywiście otrzymałem zakaz wypłynięcia. Reasumując, gdybym osiągnął ten cel – opłynął świat dookoła, a zgodziłbym się na rozmowę z SB, to miałbym wątpliwości. Osiągnąłbym cel, ale droga do niego uwierałaby mnie przez całe życie. W tym sensie droga jest ważniejsza niż cel.

W swoim instytucie mówi pan ludziom, jak oddzielić życie prywatne od zawodowego. Czy w czasach, kiedy media trąbią dookoła, że jest kryzys, bezrobocie, istnieje szansa na to, żeby oddzielić od siebie te dwie sfery?
Wydaje mi się, że jeżeli człowiek nie ma życia osobistego, rodzinnego czy jakiejś pasji i koncentruje się tylko na celach zawodowych, to w pewnym momencie wypala się i kończy się jako pracownik. Całkowite poświecenie się życiu zawodowemu nie jest dobre.

Na swoich spotkaniach uczy pan ludzi rozwoju, motywacji, zaangażowania. Czy jest pan w stanie przekazać w ciągu kilku czy kilkunastu godzin to, czego pan doświadczył przez całe swoje życie?
Myślę, że tak. Moją sztandarową prezentacją jest wykład: „Jak niemożliwe staje się możliwe. Wyprawy na krańce marzeń”. Podczas wykładu pokazuję rożne przypadki, różne case studies projektów, m.in. właśnie życie rodzinne. Odwołując się do moich różnych wypraw, jestem w stanie przekazać tę wiedzę, oddać iskrę, która popychała mnie do przodu. Swoim słuchaczom pokazuję całą moją drogę: od dzieciństwa, pierwszych wypraw na narty, kiedy miałem chyba z 8 lat, poprzez lata, kiedy byłem nastolatkiem i popłynąłem statkiem do Danii, później do Afryki, aż po kolejne projekty: wyprawę na Grenlandię, na bieguny, wyprawę z Jaśkiem. Myślę, że jeżeli człowiek jest autentyczny – jest sobą – to jest w stanie przekazać tę wiedzę.

W swojej najnowszej publikacji dziękuje pan swojemu tacie za to, że pokazał panu książki, które pana rozwijały, wpłynęły na to, co pan robił w życiu. Co to były za książki?
Wydarzenie, które mnie ukształtowało, jest paradoksem, jak wiele rzeczy w życiu. Nie wszystko jest takie jednoznaczne, piękne, jak mogłoby się nam wydawać. Kiedy miałem pięć lat, złamałem rękę. Leżałem kilka miesięcy w szpitalu, z dala od domu, w odległym mieście, potem długo przebywałem w sanatoriach. Starsi chłopcy straszyli mnie, że moi rodzice już nie wrócą, że zostanę sam, a wiadomo – w tamtym czasie kontakt z rodzicami był ograniczony, nie było telefonów komórkowych. To spowodowało, że przyzwyczaiłem się do samotności Samotność nie była dla mnie czymś złym, musiałem się jakoś oswoić z zaistniałą sytuacją. Żeby zrekompensować sobie brak rodziców, czytałem książki Juliusza Verne’a, pamiętniki Roberta Scotta, książki Centkiewiczów, Edmunda Niziurskiego. Wyobrażałem sobie, że jestem ich bohaterem. Zastępowałem sobie w ten sposób świat, w którym żyłem, a nie był on ogrodem Edenu. Wyobrażałem sobie, że płynę z Nansenem na biegun północny. Tworzyłem całe scenariusze mówiące o tym, jak to zrobię. Myślałem, że aby przepłynąć świat, jako najmłodszy człowiek na świecie, zapiszę się do klubu żeglarskiego i namówię jego bosmana, by to zrobić. Żyłem takimi scenariuszami. Czytanie połączone z projekcją i grą wyobraźni spowodowało, że w pewnym momencie świat wypraw stał się dla mnie bardziej realny, niż ten rzeczywisty. Rzeczywisty świat był zakłamany, nieprawdziwy, a świat wypraw właśnie był prawdziwym życiem.

Dla wielu Polaków jest pan dzisiaj wzorem. Sam organizuje pan wyprawy i proponuje zdobycie jakiegoś odległego zakątka ziemi pod pana przewodnictwem. Ludzie szukają odpowiedzi na pytanie, co pana motywowało do tego, żeby się nie poddawać. Co pomagało panu w chwilach trudności, w momentach kryzysowych?
To nie były twarde motywacje typu: muszę osiągnąć ten cel, muszę dojść na biegun, muszę go zdobyć, muszę się zaprzeć, poświęcić, będę miał nagrodę, będę zdobywcą dwóch biegunów w jednym roku. To wszystko w obliczu śmierci, zagrożenia życia, które tam jest permanentne, trzeba było zneutralizować w inny sposób. Paradoksalnie największą motywacją dla mnie była szeroko pojęta kultura, to znaczy filmy, wiersze, książki i obrazy. Najwięcej samozaparcia nauczyło mnie wydarzenie z dzieciństwa – złamanie ręki. Stąd bierze się moja determinacja podczas zdobywania biegunów, radzenia sobie z samotnością, problemami. Myślę, że to zdarzenie z dzieciństwa nauczyło mnie, by akceptować to, co dzieje się wokół i dawać sobie z tym radę. W chwilach największego zwątpienia sięgałem po literaturę. Wiele nauczyły mnie wiersze i teksty piosenek, np. Leonarda Cohena, Wysockiego. Ogromne wrażenie wywarł na mnie utwór Sergiusza Jesienina, który napisał krwią na ścianach pokoju hotelowego tuż przed swoim samobójstwem. Byłem w tym hotelu, żeby go zobaczyć. To był taki wiersz: „Żegnaj przyjacielu, bez ręki i słowa. Niemartw się, nie marszcz brwi. W tym życiuumierać rzecz nie nowa. A i samo życie nicnowego”. Innym bodźcem motywującym mnie do zajęcia się ośrodkiem polarnym był pośrednio kierunek moich studiów – filozofia. Inspirował mnie zwłaszcza jeden filozof, Ludwik Wittgenstein. Filozofia nauczyła mnie precyzyjnego myślenia, zadawania sobie pytań tam, gdzie wszyscy znają odpowiedzi. Wyprawa na biegun to: sprzęt, samozaparcie, wytrenowany organizm, ale przede wszystkim umiejętność zadawania sobie pytań tam, gdzie pozornie wszystko jest oczywiste. Tak jest zresztą chyba we wszystkich trudnych projektach. Człowiekiem, który pchnął mnie z powrotem na tory wypraw, był właśnie Ludwik Wittgenstein. Napisał on traktat filozoficzny, który stał się według niektórych jedną z najważniejszych książek filozoficznych XX wieku. Wittgenstein był dla mnie swego rodzaju guru filozoficznym. W pewnym momencie wszystko rzucił i wyjechał do Norwegii, zbudował tam drewnianą chatę i uczył w szkole angielskiego. To mnie natchnęło do wyboru North Way – drogi na północ. Wyjechałem do Norwegii na Spitsbergen i to był rzeczywiście początek mojej biegunowej inicjacji. Książki Nansena, Centkiewiczów i przypadek Wittgensteina plus wiersze – to jest rama, w której biegun był tylko pewną scenografią, niczym więcej, pewną iluzją. Bardziej chodziło o tę podróż wewnętrzną, wewnętrzne pokonywanie trudności, co pozwala nam osiągnąć cele w rzeczywistym świecie.

Chodzi o to, żeby zawsze podążać za marzeniami?
Za prawdą. Marzenia, które mamy, są prawdziwe. Bardziej chodzi o to, żeby podążać za tym, w co wierzymy.

Można marzyć o tym, żeby iść na biegun, żeby iść z panem – nie wszystkich na to stać. Co wtedy? Zostają tylko marzenia?
Mnie też nie było na to stać. Byłem biednym studentem filozofii, kiedy marzyłem o biegunie. Miałem stypendium. Droga na biegun wydawała się niemożliwa do pokonania. To nie jest tak, że spełnianie marzeń polega na tym, że mamy bardzo dużo pieniędzy i dlatego mamy marzenia. Nie znam bogatych ludzi, którzy wybieraliby się na biegun.

A jak pan sądzi, dlaczego ci bogaci w ogóle nie myślą o tym, żeby zdobyć biegun?
Ponieważ stawiają sobie cele w świeciematerialnym, szukają innych wyzwań.Myślę, że taka wyprawa na biegun tojest marzenie człowieka, który na jego realizację może poświęcić wszystko, nawet życie.

Powróćmy do tego, o czym mówiliśmy na początku: jak pogodzić życie zawodowe, pracę, podróże z życiem rodzinnym, wychowywaniem dzieci?
Dzieci na pewno zmieniły wiele. Przestałem brać udział w wyprawach ekstremalnych. Zrezygnowałem z cząstki siebie, żeby być z rodziną. Chociaż nie do końca mi się to udaje. Może nie jestem cały czas na wyprawach, ale są wykłady, książki, Fundacja, robię też inne rzeczy.

Jakie jest najczęściej zadawane pytanie na wykładach? Jak to się panu udało – czy dlaczego to się panu udało? Czy jest coś, o co zawsze ludzie pana pytają?
Jak sobie radziłem ze strachem, zwątpieniem.

Nie miał pan takich myśli, że dzieci są w domu, żona czeka, trzeba wrócić?
Takim podstawowym strachem jest strach o życie. Strach o dzieci, żonę, że zostaną same. To spowodowało, że przestałem brać udział w wyprawach. Na Grenlandii, kiedy wchodziłem na najwyższy szczyt, rzeczywiście można było zginąć. Doszliśmy prawie na samą górę, brakowało nam 300 metrów do szczytu i nagle nastąpiło załamanie pogody. Ledwie uszliśmy z życiem, baza była 11 kilometrów dalej, ale mieliśmy takie myśli, żeby nie rezygnować, pomimo załamania pogody. Gdybyśmy poszli, na pewno byśmy zginęli na tym szczycie albo w drodze powrotnej. To jest właśnie ważne, że liczy się droga, a nie cel. Natomiast kiedy szedłem po raz drugi tą samą trasą, pomyślałem sobie: wejdę na ten szczyt, będzie to kolejny biegun w mojej biografii, na pewno niezauważalny dla nikogo, tylko dla mnie. Przypomniałem sobie zdanie z „Hymnu o miłości” św. Pawła: „Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący”. Zdałem sobie sprawę, że to uderzanie w szczyty to tak naprawdę takie brzęczenie miedzi. Może trudno mi jest po tych wszystkich moich wyprawach mieć taką super-rodzicielską miłość, być dobrym rodzicem, ale staram się.

Co pana zdaniem jest najtrudniejsze w motywowaniu ludzi? Ludzie przychodzą na pana wykłady, żeby usłyszeć jakąś złotą receptę?
Najtrudniejsze jest znalezienie tego, co ich poruszy, co porusza każdego człowieka. Na wykłady przychodzi wiele osób i to właśnie dotarcie do nich jest najtrudniejsze. Nie jest sztuką mówić coś, co się wie. Gdybym był człowiekiem, który opowiada o swoich sukcesach, to pewnie nikt nie chciałby mnie słuchać, bo dużo jest ludzi, którzy osiągają sukcesy. Staram się opowiedzieć o tym w normalny sposób, że każdy może osiągnąć swoje „Bieguny”. Pokazuję, że jak robi się konsekwentnie pewne rzeczy, a więc pokonuje się drogę i dzięki temu docieram do ludzi. Oni widzą, że może to zrobić zwykły człowiek i to jest dla nich niezwykłe. Jeżeli jest się konsekwentnym i dokonuje się pewnych wyborów, podąża się konsekwentnie wybraną drogą, to można zdobyć bieguny i zrealizować projekty, które wydają się niemożliwe. Najlepszym przykładem mojej filozofii życia jest Jasiek Mela, który stracił rękę i nogę, a mimo to razem poszliśmy na biegun. To jest przykład pokazujący, że ludzie zdrowi nie mają woli czy motywacji, by osiągać swoje cele, a Jasiek uwierzył, że to ma sens. Widział w tym coś dobrego dla siebie. Nie zrobiłem tego za niego, tylko mu pomogłem. Gdyby był inną osobą, to pewnie nie dałby sobie rady z problemami. Na biegunach można było stracić życie, a to, że te wyprawy się udały, to był cud. Cud wynikał może z naszej wiary, nadziei, była w tym też miłość Jaśka do rodziców, chciał to również zrobić dla innych niepełnosprawnych. Jego główną motywacją była myśl, że robi to dla innych i nie może ich zawieść. Jeżeli on nie dojdzie na bieguny, to inne osoby niepełnosprawne, które pokładały w nim nadzieję, stracą ją. To wróciło do nas z powrotem, dostaliśmy dużo e-maili, np. napisał do nas pewien leśnik, który stracił nogę w wypadku samochodowym i był pewien, że to koniec jego życia zawodowego, będzie skazany na wegetację w społeczeństwie drugiej kategorii. Motywacją do tego, by wrócić do pracy w lesie, była dla niego sama wiadomość, że 15-latek, który stracił rękę i nogę, chce iść na biegun. Dziś ten leśnik prowadzi jeszcze bardziej aktywne życie, niż wcześniej, przed wypadkiem. Nie jest motywacją fakt, że superludzie, herosi osiągają supercele w życiu. Dobrą motywacją jest wyczyn przeciętnego o człowieka. Moje wyprawy działają w ten sposób, że skoro zwykły chłopiec, który o mało nie stracił ręki w dzieciństwie i miał różne trudne przeżycia, dotarł na bieguny, to ja również mogę dojść do swoich biegunów.

Czy podopiecznych pana fundacji uskrzydla fakt, że mają z panem kontakt? Czy myśli pan, że to pan swoim imieniem i nazwiskiem firmuje tę fundację, jest w stanie skupiać na sobie uwagę?
Nie jesteśmy wielką fundacją. W pewnym momencie życia stwierdziłem, że warto robić coś dla innych, szczególnie po tej wyprawie z Jaśkiem. Osoby, które związały się z fundacją, są zadowolone. Trudno jest mi powiedzieć, czy ich to uskrzydla, ale przez te wszystkie lata pomogliśmy wielu dzieciom. Wielu osobom pomagam poprzez inną książkę, którą napisałem, zatytułowaną „Wyprawa”. Z e-maili, które do mnie docierają od czytelników, wiem, że ta książka zmieniła życie wielu ludzi. Książka nie jest głównym czynnikiem zmian, ona jest kropelką, która przeważa szalę.

Jest w życiu coś, co chciałby pan jeszczezrobić, ale nie wie jak? Są w ogóletakie rzeczy po tym, co pan przeżył?
Są takie rzeczy. Chciałbym mieć szczęśliwą rodzinę, ale ze względu na mój charakter – ciągle goni mnie w świat – jest mi trudno. Niby wiem, jak to zrobić, mówię ludziom, jak zdobyć bieguny, ale jest to dla mnie trudne. Zostałem przez życie zaprogramowany trochę inaczej. Życie nauczyło mnie, że szczęście jest poza rodziną, na biegunach, gdzieś bardzo daleko. Teraz trudno jest mi się przestawić, pomimo tego, że najważniejsze jest to, żeby być z dziećmi, poświęcać im jak najwięcej czasu. Nie jest to dla mnie coś naturalnego.

A jeśli dzieci przyjdą do pana i powiedzą: chcę iść, to co pan im odpowie?
Myślę, że nie przyjdą. Mój syn mówi, że chce być nikim, zaś córka chce być artystką. Mówią, że nie chcą być podróżnikami. Myślę, że dzieci są w opozycji do tego, co robią rodzice. Ale gdyby przyszły, to najpierw musiałbym nabrać pewności, że są gotowe. Nie chodzi o to, żeby chcieć, tylko żeby mieć predyspozycje tak jak Jasiek, być gotowym do tej drogi. My nie zabraliśmy Jaśka na pokazową wyprawę. To był cały sztab ludzi: lekarz, psychiatra kliniczny, psycholog dziecięcy, chirurg naczyniowy, psychiatra od traum, fizjolog i wielu innych. Dopiero kiedy cały sztab wyraził opinię, że Jasiek jest gotowy, zdecydowałem się wyruszyć na wyprawę. To nie jest tak, że miałem fanaberię i zabrałem 15-latka na wyprawę.

Co w tym roku pan planuje?
Chciałbym napisać trzy książki i wyjechać gdzieś z dziećmi, ale niekoniecznie na koniec świata. Jeśli chodzi o książki, jedna z nich to „Biegun”. To książka o metodzie osiągania celów. Z „Wyprawy” starałem się wyabstrahować metodę osiągania różnych celów w życiu: nazwałem ją „Biegun”. Druga książka to bajka dla dzieci „Marek i tajemnice Majów”, trzecia książka to „Alfabet Marka Kamińskiego”. Chciałbym je napisać i poświęcić dużo czasu dzieciom. Mam nadzieję, że mi się to uda.

Dziękuję za rozmowę.

Warsztat i rzemiosło ponad wszystko.

Adam Sztaba

Pobierz wydanie 07_08/2020

Zobacz również

Ta strona wykorzystuje pliki cookies (niewielkie pliki tekstowe przechowywane przez przeglądarkę internetową na urządzeniu użytkownika) m.in. do analizy statystycznej ruchu, dopasowania wyglądu i treści strony do indywidualnych potrzeb użytkownika. Pozostawiając w ustawieniach przeglądarki włączoną obsługę plików cookies wyrażasz zgodę na ich użycie. Jeśli nie zgadzasz się na wykorzystanie plików cookies zmień ustawienia swojej przeglądarki. Więcej znajdziesz w Polityce Prywatności.