Im większy wysiłek, tym większa radość

Z Małgorzatą Wojtaczką, jedyną Polką, która samotnie dotarła na biegun południowy, rozmawiała Katarzyna Patalan.

fot. Małgorzata Wojtaczka

25 stycznia miną trzy lata od zakończenia wyprawy pani życia – po 69 dniach samotnej wędrówki i przejściu ponad 1200 kilometrów stanęła pani na biegunie południowym. Co ta wyprawa zmieniła w pani życiu?

Na pewno dała mi dużo szczęścia i pewnego rodzaju samozadowolenie. Poczucie, że coś wyjątkowego jednak w życiu zrobiłam, że teraz nawet jeśli już nie uda mi się zrealizować kolejnej wielkiej wyprawy, to jedną już przeżyłam – i jestem z niej bardzo zadowolona.
Moje życie jakoś specjalnie się nie zmieniło po tej wyprawie. Robię to samo co wcześniej. Może dodała mi więcej pewności siebie, może też nieco inaczej jestem postrzegana przez ludzi, z którymi rozmawiam, których poznaję. Chyba jestem odbierana przez pryzmat tego, co zrobiłam.

Pamięta pani emocje, które towarzyszyły pani, gdy dotarła do celu?

Pewnie, że pamiętam. Są wciąż żywe. Parę takich momentów mam ciągle przed oczami.

Może pani o nich opowiedzieć?

Pamiętam moment, gdy „stanęłam na biegunie”. Doświadczyłam pełni szczęścia, którą trudno opisać. To było dość osobliwe uczucie, bo z jednej strony byłam szczęśliwa, że tam jestem, ale z drugiej już wtedy było mi żal, że muszę stamtąd wyjeżdżać. To wspomnienie wciąż jest we mnie żywe. Skończyło się coś, co było naprawdę pasjonujące. Świadomość, że dotarłam do celu i że teraz, już zaraz czas wracać do codzienności, że jutro nie przejdę kolejnych kilometrów, że już nie rozbiję namiotu pośrodku białego pustkowia, nie usiądę w namiocie z kubkiem gorącej herbaty, wywołało we mnie poczucie żalu. To były sprzeczne uczucia, ale intensywne.
Drugim wciąż żywym momentem jest wspomnienie, gdy w ciągu pierwszego tygodnia po wyprawie czekałam w Chile, w Punta Arenas, w Ameryce Południowej, na samolot powrotny. Co noc śniła mi się Antarktyda. To były tak realistyczne sny, że miałam wrażenie, iż wciąż idę przed siebie, że wyprawa jeszcze się nie skończyła. To było bardzo silne doznanie.
Lubię też wracać wspomnieniami do dni z niesamowitą pogodą. Na Antarktydzie jest coś takiego, jak dryfujący śnieg. Lodowiec nie jest płaski, przypomina pomarszczone morze - wszędzie są zastrugi (przyp. red. ostre, nieregularne lodowe fale wyrzeźbione przez wiatr w przedziwne kształty). Śnieg „mieciony” wiatrem faluje na grzbietach zastrug, tworzą się niesamowite, przepiękne, hipnotyzujące widoki. I to właśnie jest „dryfujący śnieg”.
Były też dni z niemal nieziemskim klimatem, mglistym i tajemniczym, gdy przez mgłę przebijało się słońce, a kolory zmieniały się z minuty na minutę. Równie szybko zmieniała się widoczność, przez chwilę widziałam na pół metra, a za chwilę na kilkadziesiąt metrów.
Pamiętam też moment, kiedy podczas przerwy w wędrówce siedziałam na tych swoich saniach do tego herbata z termosu, przekąski, i zupełnie niespodziewanie wyobraziłam sobie globus i siebie na tym globusie. Ja – nawet nie główka od szpilki na tej wielkiej Antarktydzie – to było kosmiczne przeżycie.

Świadomość, że znajduje się pani w tym miejscu, nie przytłoczyła pani?

Nie. Nie czułam się zagrożona, choć wiedziałam, że wokół mnie nic nie ma. Właściwie to zaskoczyło mnie to uczucie, bo było przyjemne.

Wspomniała pani o poczuciu zagrożenia. Na Antarktydzie nie zagrażały pani zwierzęta ani ludzie, ale to wcale nie oznacza, że wyprawa była wolna od niebezpieczeństw.

Rzeczywiście wyprawa była niebezpieczna. Wewnątrz kontynentu Antarktydy nie ma zwierząt ale przede wszystkim nie ma tam ludzi. Jest się odciętym od pomocy. Owszem, miałam telefon satelitarny i gdybym potrzebowała wsparcia, pewnie przyleciałby po mnie jakiś samolot, ale gdyby była zła pogoda – kto wie, jak długo by to trwało. Trzeba być samowystarczalnym.
Poza tym temperatura podczas antarktycznego lata sięga sporo poniżej minus 30 stopni Celsjusza, dlatego trzeba być odpowiednio ubranym, mieć zapas rzeczy, które mogą ulec zniszczeniu, a są niezbędne do kontynuowania wyprawy. W takich warunkach wszelkie czynności wyglądają zupełnie inaczej, na przykład trzeba uważać na wszystkie rzeczy, które się odkłada. Nie można tak po prostu odstawić kubeczka na chwilę, bo wiatr go porwie, kijek narciarski też trzeba przymocować, aby nie uleciał z wiatrem, trzeba nieustannie o tym pamiętać.
Największym zagrożeniem są szczeliny. Większość Antarktydy pokryta jest lodowcem, a wszędzie tam, gdzie jest lodowiec, są szczeliny. Są mniej lub bardziej zasypane śniegiem. Są miejsca, gdzie jest ich więcej, i takie, w których jest ich mniej, ale jednak są. Dużo o tym myślałam, bo gdy wędruje się z partnerem, może on pomóc mi wydostać się z takiej szczeliny. W samotnej wędrówce jest się zdanym tylko na siebie. Miałam sprzęt, który byłby pomocny w takich sytuacjach ale dużo zależy od sytuacji, szczęścia. Jeśli podczas upadku stracę przytomność, złamię nogę czy zaklinuję się między ścianami lodu to sprzęt mi nie pomoże, nie wyjdę sama.

Czy takie miejsca są oznaczone na mapie? Skąd pani wiedziała, że ma na swojej trasie szczeliny?

Na trasie były dwa miejsca, o których wiedziałam, że są tam szczeliny, ale natknęłam się na nie również w zupełnie innym terenie. Czasami są widoczne, a czasami nie. Te widoczne są bezpieczne, bo można je obejść. Najgorzej jest, gdy się ich nie widzi, a wiem, że przez takie również przechodziłam. Były też takie miejsca, które wydawały mi się podejrzane i które tak na wszelki wypadek obchodziłam. Szczelina to pęknięcie. Nigdy nie wiadomo, jak jest głębokie, na kilkadziesiąt, a może kilkaset metrów. Jest przysypane śniegiem – tworzy on most śnieżny, po którym można przejść. Czy bezpiecznie? Trzeba sprawdzić. Po pierwsze, powierzchnia śniegu na szczelinie jest trochę inna, a po drugie, miałam taki kijek narciarski bez talerzyka, który wbijałam w podejrzane miejsce i sprawdzałam, czy jest opór, jeżeli tak – mogłam iść. Gdy kijek się zapadał, robiłam kilka kroków w bok i powtarzałam czynność, aż znalazłam w miarę bezpieczne przejście.
Kiedy teraz zastanawiam się nad tymi zagrożeniami, myślę, że bałam się przed wyjazdem. Dzień wylotu i startu to były rzeczywiście wielkie emocje, które ściskały mi gardło. To jednak naturalne przy podejmowaniu nowego wyzwania. Potem po prostu szłam. Nie mogłam się bać, bo to nie miałoby sensu.
Najgorszy jest paraliżujący strach, który powoduje, że traci się zdroworozsądkowy ogląd sytuacji. Gdy zobaczyłam szczeliny, udało mi się nie uruchomić wyobraźni i nie zobaczyć siebie na dnie lodowej otchłani. Byłam skoncentrowana na zadaniu, myślałam o tym, co muszę zrobić: wyciągnąć sprzęt, założyć go na siebie, wydłużyć linę łączącą z saniami, przejść i sprawdzić kijkiem podłoże. A potem była kolejna szczelina, i kolejna, a potem ogromne pole szczelin. W momencie zagrożenia bardzo ważne jest, by nie wpaść w panikę, bo wtedy wykonuje się złe ruchy albo podejmuje niewłaściwe decyzje.

69 dni samotnego marszu w trudnych warunkach – codzienność wymagała od pani zdyscyplinowania i dobrego zarządzania czasem?

Tak. To była najmniej przyjemna rzecz. Fajnie byłoby mieć taki luz, że jeśli dzisiaj chcę sobie poleżeć, bo mam taki humor, to sobie poleżę, ale na Antarktydzie tak nie ma. Tam jest codzienny pośpiech. Im dłużej idę, tym więcej jedzenia muszę zabrać. A i tak moje sanie nie były lekkie, na początku wyprawy ważyły ponad 120 kilogramów, dwa razy więcej niż ja. Poza tym lato trwa tam około 2,5 miesiąca, więc nie ma możliwości wydłużenia sobie tego czasu. Chwila mija, zanim się wejdzie w rytm wyprawy, zanim się te wszystkie rzeczy poukłada na miejscu. Ważne jest przygotowanie – zabiera bardzo dużo czasu, ale to potem procentuje. Im lepiej jest się przygotowanym, tym jest większa szansa, że wyprawa się uda.

Wyprawa była ogromnym wysiłkiem – około 20 kilometrów dziennie pod górę, sanie ważące 120 kilogramów, mróz, a do tego jeszcze bardzo silne, najczęściej przeciwne wiatry. Jak przygotowywała się pani fizycznie do tej wyprawy?

Nie jest tak, że przez dwa lata biegałam i ćwiczyłam na siłowni a potem poszłam na biegun. Można powiedzieć, że swoje przygotowania zaczęłam już w latach studenckich. Dużo chodziłam i wciąż chodzę po górach i jaskiniach, i te doświadczenia zaprocentowały przygotowaniem kondycyjnym. Eksplorowanie jaskiń to jest bardzo duży wysiłek fizyczny. Trzeba nosić kilogramy sprzętu, lin, karabinków, często jest bardzo zimno, mokro. Wyjazdy w góry, rejsy na Spitsbergen, na Antarktydę też dały mi dobre przygotowanie.
Jasne, że tuż przed samą wyprawą na biegun potrzebny jest ostry trening: dobrze sprawdza się bieganie, chociaż najlepsze jest ciągnięcie opon, wszyscy tak trenują. Marek Kamiński też tak trenował. Ja również miałam taki plan, chociaż to nudne zajęcie, nigdy tego nie lubiłam.
Niestety miałam pecha i w czerwcu (przyp. red. pięć miesięcy przed startem wyprawy) zachorowałam na boreliozę. Przez dwa miesiące przyjmowałam antybiotyk i zupełnie zrezygnowałam z treningów. Musiałam bazować na kondycji wypracowanej przez lata w górach.
Czas na przygotowania się skrócił do miesiąca przed wyjazdem. Intensywnie trenowałam pod czujnym okiem trenera. Nigdy wcześniej nie ćwiczyłam z trenerem, ale to była dobra decyzja, ponieważ sama nie zmusiłabym się do takiego wysiłku.

Kondycja fizyczna to jest jedna rzecz, a druga to psychika. Czy w jakiś specjalny sposób przygotowywała się pani do wędrowania w samotności przez blisko 70 dni?

Nie miałam żadnego treningu mentalnego. Bardzo dużo dały mi lata działalności w górach i jaskiniach. Tam człowiek bywa w trudnych sytuacjach. Nie jest może do końca sam, bo są inni uczestnicy, ale jak już się zjeżdża na linie, to jest się samemu za siebie odpowiedzialnym. Może trzeba mieć też coś w swoim charakterze. Skoro się tam wybrałam, zdecydowałam na taki krok, to miałam poczucie, że dam radę. Czułam się w miarę dobrze przygotowana i to mi dawało pewność siebie.

Miała pani dużo czasu na rozmyślania?

Wcale nie. Kiedy jest się skoncentrowanym na tym, co się dzieje na wyprawie, tego czasu nie pozostaje wiele. Codziennie rano byłam zajęta topieniem wody ze śniegu, gotowaniem, starannym ubieraniem kolejnych warstw odzieży, składaniem namiotu. A kiedy szłam, byłam skupiona na trasie. Na bieżąco trzeba decydować, którą drogą iść, pilnować kierunku. Czasem śnieg jest mniej lub bardziej wylodzony. Po tym bardziej wylodzonym łatwiej się ciągnie sanki. Były też dni kiedy bardzo gruba warstwa chmur odbija światło i wszystko dookoła jest białe jak we mgle, tzw. white out. Poruszałam się wówczas w bańce mlecznej, białej do tego stopnia, że ledwie dostrzegałam własne narty na nogach (ponieważ były kolorowe i wyróżniały się na tle bieli), ale już nie widziałam, co było pół metra dalej. Jedynym drogowskazem był kompas. W taki dzień w ogóle nie ma czasu na myślenie, trzeba się skoncentrować na drodze, patrzeć pod nogi i na kompas. Nie widać, czy dalej jest dołek czy górka, czy teren jest nierówny, więc nie można myśleć o niebieskich migdałach. Trasa nie jest płaska, pojawiają się zastrugi (wydmy ze śniegu), które bywa, że osiągają nawet trzy metry. Był taki tydzień, kiedy przedzierałam się z mozołem do przodu jak w labiryncie.
Idzie się wtedy po tych mniejszych wydmach, które są pomiędzy tymi większymi. Sanki się wywracają i wówczas zaczyna się syzyfowa praca, bo trzeba wrócić, podnieść je, czasami się wycofać i tak przez cały dzień.

W jednym z wywiadów stwierdziła pani:  „na co dzień jestem sobą, ale dopiero tam odkryłam, że człowiek staje się prawdziwy, kiedy jest sam”. Mogłaby pani rozwinąć tę myśl?

To jest trudne do wyjaśnienia. Wydaje mi się, że na co dzień nie udaję – jestem sobą. Ale na Antarktydzie stwierdziłam, że… jak by to powiedzieć, niczego nie muszę udawać. Mogę być sobą. Kiedy jestem zmęczona, to jestem zmęczona, nie muszę udawać, że nie jestem. Gdy się jest w grupie, na przykład podczas akcji jaskiniowej, każdy chce być dzielny, nie okazywać słabości, i wtedy zaciska zęby i robi swoje. Na biegunie mogłam sobie pomarudzić w myślach: a że dzisiaj już mi się nie chce maszerować, że jeszcze tyle drogi przede mną. Tam nie ma znaczenia, jak wyglądam, czy jestem uczesana, czy brudna. Gdy nie ma tej drugiej osoby, robisz to, co chcesz. To jest pewnego rodzaju wolność.

Bez wątpienia jest pani twardzielką. Zawsze pani taka była?

Zawsze lubiłam aktywności fizyczne, góry, jaskinie. Lubię zimno, nie jestem amatorką gorących klimatów, 25 stopni jeszcze akceptuję, powyżej już jest dla mnie za gorąco. Źle się czuję, gdy jest zbyt upalnie. Do zimna można się przystosować, człowiek się przyzwyczaja do chłodu.

Wciąż pani podróżuje. Co jest dla pani ważniejsze: droga czy cel?

Droga jest ważniejsza, ale dobrze jest mieć i osiągnąć cel. Droga bez celu to nie to samo. Warto podejmować wyzwania, dlatego bardzo chciałam pojechać na Antarktydę i iść na biegun, bo to jest duże wyzwanie. Kiedyś, dawno, marzyły mi się Himalaje. Pewnie gdybym miała okazję, chciałabym zdobywać szczyty w górach wysokich.

Menedżerowie na różnych szkoleniach analizują szczegóły wyprawy Roalda Amundsena na biegun, by uczyć się planowania, przewidywania zagrożeń, radzenia sobie w nieprzewidzianych okolicznościach. Pani przeszła tę drogę. Doświadczenie, które pani tam zdobyła, można przełożyć na życie, na biznes…

Książkę Amundsena o zdobyciu bieguna przeczytałam kilka razy i rzeczywiście można z niej skorzystać. Chociaż dzisiaj mamy do dyspozycji inny sprzęt, Antarktyda została taka sama i wyprawa też jest tym samym. On napisał, że im lepiej jesteś przygotowany do wyprawy, to tym większa szansa na sukces. Niektórzy nazywają to szczęściem, a tak naprawdę trzeba sobie wymyślić potencjalne zagrożenia i rozwiązania takich sytuacji, na przykład co zrobię, jak mi wiatr porwie namiot.

To jest idealne odniesienie do biznesu – w obu sytuacjach trzeba być dobrze przygotowanym. Amundsen był perfekcyjnie przygotowany do tamtej wyprawy, miał przemyślane wszystko w szczegółach. Trzeba przewidzieć jak najwięcej zagrożeń, to, co może nastąpić. Nie powinno się działać na zasadzie: mam namiot i narty, idę, jakoś to będzie. Taka wersja niesie o wiele większe ryzyko porażki.
Modne jest dzisiaj hasło, że trzeba wyjść z własnej strefy komfortu, żeby coś osiągnąć, i ten cytat mi przyświecał. W czasie przygotowań, kiedy jakiś sprzęt nie dotarł, coś się nie udawało, a ja nie miałam czasu na czekanie, mogło pojawić się zwątpienie. Miałam takie myśli, czy w ogóle warto. Przecież włożyłam w przygotowania tyle pracy, podobnie jak wielu moich przyjaciół, którzy mnie wspierali. Wykonałam mnóstwo pracy, i to takiej logistycznej. Czy w ogóle warto podejmować tyle trudu, jeśli wyprawa potrwa zaledwie dwa miesiące? W czasie samego marszu też miałam parę trudnych momentów, ale uświadomiłam sobie, że aby osiągnąć trudny, spektakularny cel i czerpać z podejmowanych wyzwań większą satysfakcję, trzeba się trochę postarać.
I trzeba walczyć do końca, nie odpuszczać. Nawet jak jest źle i człowiekowi wydaje się, że jest w sytuacji bez wyjścia, to i tak trzeba się starać wymyślić jakieś rozwiązanie. I ono czasem się pojawia w takich stresujących momentach. Mówi się, że na adrenalinie można góry przenosić. To działa, również w warunkach pracy zawodowej. Wcześniej mieliśmy niedużą drukarnię, w której pracowało kilkanaście osób. Tego typu sytuacje zdarzały się nam nie raz, a to przy okazji jakiegoś dużego zamówienia, kiedy nie dostarczono nam papieru, a klient czekał na pilny druk, jeszcze innym razem zepsuła się maszyna i trzeba było coś wymyślić, bo jutro targi, a tu materiał niegotowy. Bardzo często wydaje się nam, że znajdujemy się w sytuacji bez wyjścia, i nagle okazuje się, że nieoczekiwanie pojawia się rozwiązanie. Dzwonię do innych pięciu drukarni z pytaniem, czy pożyczą papier, albo sama zaglądam do maszyny, która uległa awarii, i udaje się ją uruchomić.
Kiedyś przerobiłam taką maszynę, ponieważ nie mieściły się w niej druki, które miały się tam składać na pół. W akcie desperacji wykręciłam jakąś część, założyłam ściski stolarskie i okazało się, że da się.
Przygotowania do wyprawy to taka walka do końca, często polegająca na rezygnacji z kolejnych rzeczy, które miały być, a ich nie ma. Im bardziej jesteśmy przygotowani, tym mniej będzie tych nieprzewidzianych sytuacji, ale nie da się ich całkowicie wykluczyć.

Antarktyda to miejsce, które ciągle panią przyciąga?

W tej chwili mamy własny, wyprawowy jacht Selma Expeditions, który pływa głównie na Antarktydę. Organizujemy rejsy komercyjne dla tych co chcą zobaczyć biały kontynent, dla pasjonatów aktywnej turystyki. Ale też od czasu do czasu płyniemy na większą wyprawę, w miejsca trudno dostępne, a nawet takie gdzie jeszcze żaden jacht nie dotarł. Ostatnio do Zatoki Wielorybów na antarktycznym Morzu Rossa. Dlaczego Antarktyda? Jednych przyciągają gorące klimaty, innych zimne. A ja lubię takie miejsca, gdzie nie ma cywilizacji, przyrodę nienaruszoną przez człowieka. Tam jest przepięknie. W głębi kontynentu nic nie ma, nawet ptaków, nie ma życia, natomiast u brzegów Antarktydy jest. Są wieloryby, foki, ptaki morskie, pingwiny. Przysiadasz sobie koło kolonii pingwinów, a one są zainteresowane nowym osobnikiem, podchodzą, czasami skubią dziobem za ubranie.

Wspomniała pani, że organizujecie rejsy komercyjne. Kto się wybiera w taki rejs, bo nie jest to chyba wyprawa dla każdego?

Najczęściej są to żeglarze, ale nie zawsze, są też ludzie, którzy nie żeglują. Są to osoby ciekawe świata. Niektórzy pływają z nami na Antarktydę nawet po kilka razy, ciągle wracają. Antarktyda to jest wyzwanie. Wyruszamy z Ushuaia w Patagonii. Po drodze Przylądek Horn i jest Cieśnina Drake’a, miejsca legendarne, znane wśród żeglarzy z całego świata z trudnej żeglugi. Ale potem dociera się do krystalicznie białych wybrzeży Antarktydy i ciągle jeszcze dziewiczej przyrody. Im trudniejsze wyzwanie, tym większa satysfakcja. Kiedyś z kimś rozmawiałam o tym, na czym polega szczęście. Trzeba sobie nieustannie stawiać zadania, one muszą być coraz trudniejsze, ale nie mogą nas przerastać. Osiągnięty cel powoduje szczęście i satysfakcję. Im większy wysiłek, tym większa radość.

Ma pani kolejne wyzwania przed sobą, jakieś plany na najbliższy czas?

Wybrałabym się ponownie na Antarktydę, na długą wyprawę w głąb kontynentu, chociaż nie wiem, czy się zdecyduję, ponieważ jest to ogromny wysiłek organizacyjny. Chciałabym też pojechać na północ Finlandii, Norwegii. Niekoniecznie sama. (uśmiech) Nie jestem aż takim odludkiem.

Równowaga w pracy jest najważniejsza. Ważne, aby umiejętnie organizować prywatny czas.

Michel Moran

Pobierz wydanie 02/2020

Zobacz również

Ta strona wykorzystuje pliki cookies (niewielkie pliki tekstowe przechowywane przez przeglądarkę internetową na urządzeniu użytkownika) m.in. do analizy statystycznej ruchu, dopasowania wyglądu i treści strony do indywidualnych potrzeb użytkownika. Pozostawiając w ustawieniach przeglądarki włączoną obsługę plików cookies wyrażasz zgodę na ich użycie. Jeśli nie zgadzasz się na wykorzystanie plików cookies zmień ustawienia swojej przeglądarki. Więcej znajdziesz w Polityce Prywatności.